czwartek, 13 lutego 2020

Rozdział VII: Katastrofa w Smoleńsku wydarzyła się o ósmej. Blaszane ptaki

Jest 10 kwietnia 2010 roku. Zbliża się godzina 12:00 czasu polskiego. Dziennikarz Marek Pyza stoi na tle głównej bramy lotniska i czeka. Ma za chwilę wejść na wizję. Jest zaledwie kilka metrów przed kordonem rosyjskiej milicji, wojska, OMONu i służb specjalnych. Szczelny pierścień funkcjonariuszy ma za zadanie nie dopuścić nikogo z dziennikarzy, czy cywilów do miejsca, w którym miało dojść do katastrofy polskiego Tupolewa. W telewizyjnych „Wiadomościach" transmitowany jest w tej chwili materiał sfilmowany przez Sławomira Wiśniewskiego w zakazanej obecnie strefie. Gdy wyświetli się ostatni kadr filmu montażysty, na wizji pojawi się wysoka postać Pyzy.



- Przede wszystkim zdjęcia, które państwo przed chwilą widzieli, to pierwsze zdjęcia z tego miejsca zrobione przez jednego z pracowników TVP. Wszystko się wydarzyło około dwustu metrów stąd za tymi drzewami. Tam runął samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie, około godziny dziesiątej (1) - rozpoczyna swoją transmisję na żywo dziennikarz telewizji polskiej. 


Godzina 10:00 czasu rosyjskiego, o której mówi Pyza to 8:00 czasu polskiego. Przewija się ona nieustannie podczas pierwszych relacji jako „godzina katastrofy". Jak to możliwe? Przecież Tupolew wylatujący o godzinie siódmej dwadzieścia (2) może być o ósmej nie dalej niż na wysokości białoruskiego Mińska?

sobota, 8 lutego 2020

Rozdział VI: Godzina 8:00, Siewiernyj, zapada kotara mgły

Ambasador Jerzy Bahr kończy śniadanie. Wyciera wolno serwetką usta, po czym niespiesznie wstaje, by udać się na piętro, do swojego pokoju w hotelu „Centralny". W ramach okiennych jego apartamentu rozpina się obraz zwiędłego, poszarzałego poranka, ożywianego co jakiś czas bladymi refleksami słońca. Nie ma najlepszych przeczuć. Rosjanie od początku stawiali wyraźny opór niemal we wszystkim co dotyczy dzisiejszej wizyty (1).

Ambasadora fascynuje Rosja. Nie można powiedzieć, że kocha on te strony miłością tak wielką i nieobliczalną, jak wielki jest ten kraj. Ale zwyczajnie. Pociągają go moskiewski teatr, balet, literatura. A i tak wszystko to blednie w obliczu jego fascynacji rosyjską sztuką. W samym centrum wrażliwości ambasadora, w jego umyśle, znajduje się wirtualna galeria, w której główna sala przeznaczona jest obecnie dla obrazów Konstantego Jegorowicza Makowskiego.

piątek, 31 stycznia 2020

Rozdział V: IŁ w welonie z mgły

Pułkownik Mirosław Czarnota kręci nosem. Nosi dziś jego pryncypała okrutnie. Odkąd przybyli na lotnisko, attache wojskowy nie może usiedzieć w miejscu. To wstąpi pod namiot zamienić z kimś słowo, to idzie oglądać trapy, by znów za chwilę wrócić pod rampę i skomentować ryzykowny manewr Iła. Jest wszędzie. A on jest razem z nim.
Właśnie przechodzi obok nich grupa polskich dziennikarzy. Czarnota czuje się nieswojo. Odnosi bowiem wrażenie, że wszyscy bacznie lustrują ich wzrokiem. Wydaje mu się, że z boku, razem, muszą wyglądać żałośnie. Czuje się jak puszka przywiązana do ogona, miotającego się kota. Ale cóż robić? Taka przecież jego dola. Jest w końcu zastępcą, wiernym adiutantem i zarazem kumplem swego szefa. Posłusznie podąża więc za generałem Grzegorzem Wiśniewskim. Tym razem jego przełożony decyduje się iść do pilotów Jaka-40, który wylądował jakieś dwadzieścia kilka minut temu. Pułkownik ma nadzieję, że generał przysiądzie tam spokojnie, choć na chwilę.


Tymczasem dziennikarze wsiedli już do czekającego na nich autokaru i ruszyli w kierunku Katynia. Dyskutują. O czym innym jeśli nie o wizycie? Komentują też widziane przed chwilą podejście Iła. Analizując ich relacje trudno znaleźć jednak historię, w której mowa byłaby o drugim przelocie transportowca. Wygląda więc na to, że ich bus odjechał do Memoriału zaraz po godzinie 7:40, i dlatego nie mieli okazji oglądać Frołowa więcej niż jeden raz.
Drugie pojawienie się Iła miało mieć miejsce trzynaście (tak twierdzą stenogramy), albo piętnaście (jak zeznaje Remigiusz Muś (1)) minut po pierwszym. Czy dziennikarze mogli wyjechać aż tak szybko z lotniska, że nie załapali się na drugi z przelotów? Jeśli weźmie się pod uwagę, że odprawa paszportowo-celna była na XUBS tylko "kurtuazyjna" (tak nazywa ją uzasadnienie postanowienia o umorzeniu postępowania wydane przez praską prokuraturę (2)), to jak najbardziej (3). Pasażerowie Jaka przeszli szybko trzysta metrów, które dzieliły samolot od autokaru. Po drodze Paweł Koć, pracownik naszej ambasady, zebrał od nich tylko paszporty (4). I to była cała lotniskowa procedura. (5)

wtorek, 14 stycznia 2020

Rozdział IV: Odlotowa trupa Frołowa

Silniki Jaka-40 o numerze burtowym 044, który wylądował na lotnisku „Siewiernyj” w Smoleńsku o godzinie 7:25 powoli stygną. Dziennikarze opuszczają już jego pokład, by w ciszy przejść obok płóciennych namiotów, rozbitych przy płycie lotniska, do bramy wjazdowej obiektu. Spoglądają ponad wierzchołkami drzew, czy nie pojawi się tam czasem samolot mający przywieść członków Delegacji na dzisiejsze uroczystości. Ci mieli przecież pojawić się w Smoleńsku, mniej więcej w tym samym czasie co i oni(1). Wynika to z bardzo prostego wyliczenia. Jak-40 leci do Smoleńska dwie godziny, a Tupolew - który miał wylecieć godzinę po nich - jedną.
W pewnym momencie słychać niskie wibrowanie i szum silników. Zza wierzchołków drzew wynurza się potężny, ciemny kształt. Schodzi nad samą płytę lotniska i nie zważając na to, że znajduje się tuż-tuż nad nią, wykonuje energiczny przechył na prawą stronę(2). Czy była to próba lądowania? Jeśli tak, to skończyła się całkowitym fiaskiem. Rosyjski Ił-76, rycząc wszystkimi silnikami, rozpoczyna mozolną wspinaczkę na wyższe piętra powietrza. Dziennikarze zastygają nieruchomo jak woskowe figury, głośno wymieniając się uwagami zarówno co do nieoczekiwanej obecności, jak i samego zaskakującego manewru transportowca. W powietrzu czuć wilgoć i zapach spalin, ale poza tym widoczność jest bardzo dobra(3).


Gdzieś na kwadrans przed godziną ósmą, czasu polskiego, okazuje się, że pojazd, którym dziennikarze mają jechać na miejsce uroczystości stoi już gotowy do drogi. Również i odprawa paszportowa jest zakończona. Mogą więc udać się do busa by wyjechać do Katynia. Co też robią. Dyskusja wybucha na dobre, gdy tylko wsiadają do ruszającego z miejsca pojazdu.

sobota, 21 grudnia 2019

Rozdział III : Dziennikarska szpica

Wynurzają się z chmur, by szybko opaść ku płycie lotniska, otoczonej ciemną linią drzew. Za iluminatorami poszarpane w strzępy obłoki. Przypominają trochę nawijane na patyk warstwy cukrowej waty. Opary ustępują miejsca plamistej szarości poprzetykanej bladymi ścianami bloków, drogami i nierówną linią lasu. Po chwili daje się odczuć uderzenie kół płatowca o ziemię. Samolot tłucze się po płytach pasa, jak gdyby za chwilę miał zeskoczyć z podwozia, po czym zwalnia, zatrzymuje i rozpoczyna kołowanie. W kabinie rozlega się metaliczna seria odpinanych pasów. Pasażerowie ożywiają się, kontemplując ciemny, alergiczny krajobraz - nie tyle nawet budzącego się tu przedwiośnia, co raczej depresyjnego pozimia.



O której godzinie miało miejsce lądowanie Jaka-40/044 na „Siewiernym"? Zapytani o to jego pasażerowie wydają się być zdezorientowani. Milkną, zbierają myśli, coś cicho i długo kalkulują, a potem każdy z nich wskazuje inną godzinę. Różnice są duże. Od 6:55 Pawła Świądrai, do 7:25 Jana Mrozaii. Dowódca statku - porucznik Artur Wosztyl zdecydowanie zeznaje natomiast, że na „Siewiernym” lądowali o godzinie 7:25iii. No dobrze, ale przecież autorzy raportu Millera mówią o 7:17, a prascy prokuratorzy w uzasadnieniu umorzeniaiv wspominają o 6:50? Gdy się do tego jeszcze doda to, co jest w raporcie MAKv, czy w notatce dyżurnego meteorologa Sił Zbrojnychvi możemy otrzymać z tego lądowanie całkiem niezłej, powietrznej floty Jaków.
Więc może by po prostu policzyć o której przyleciał ten Jakvii

wtorek, 10 grudnia 2019

Rozdział II : Przed brzaskiem

Lotniskowe latarnie rozsiewają grudki żółtawego blasku. Stojące na wojskowym Okęciu samoloty ledwie szarzeją pośród ogarniającej wszystko ciemności. Około czwartej rano przybywają pierwsi pasażerowie. To dziennikarze. Według pierwotnego planu, połowa z nich miała polecieć do Katynia tym samym samolotem co Prezydent(1). Druga natomiast, inną maszyną, wraz z częścią Delegacji. Niektórzy z żurnalistów jednak już dzień wcześniej, inni dopiero po przybyciu na miejsce dowiadują się, że tym razem żaden z nich nie poleci z głową państwa(2). Podczas prezydentury Lecha Kaczyńskiego taka sytuacja, aby reporterzy - a przynajmniej jakaś ich część - nie leciała wraz z nim, zdarzy się dzisiaj po raz pierwszy(3). Wygląda więc na to, że sytuacja jest szczególna, a cała wyprawa obarczona dużym ryzykiem. Dziennikarze dowiadują się też, że mają podróżować jednym z przygotowanych wcześniej Jaków-40.
Mający rozpocząć w tym dniu o godzinie piątej, całą eskapadę samolot, weźmie na pokład jednak tylko kilkunastu z nich.  

Zaspane, blade twarze mocno odcinają się od jasnobrązowych zagłówków foteli. Na pokładzie Jaka jest klaustrofobicznie ciasno. Widoczne jest to szczególnie teraz, gdy przedział pasażerski samolotu wypełniony jest do ostatniego miejsca. Schodki znajdujące w części ogonowej unoszą się i zgrzytliwie chowają, wraz z wejściem ostatniego z pasażerów. Słychać szczęk zatrzaskiwanych pasów bezpieczeństwa; skrzypienie foteli i pojedyncze, wyrwane z kontekstu słowa. Zegary w wyłączanych właśnie przez dziennikarzy telefonach komórkowych wyświetlają godzinę 5:00(4). Pasażerowie przygotowują się do lotu, rozkładają gazety, wyglądają przez iluminatory. 


czwartek, 21 listopada 2019

Rozdział I : Smoleńska wieża

Pośród szarej, zeszłorocznej trawy, budynek wschodniej wieży lotniska „Siewiernyj” w Smoleńsku rozsiadł się pokracznie jak składająca skrzek wyłupiastooka ropucha. Poplamiony brązem, zielenią, beżem i siną bielą – kolorami, które pościerał czas; z odłażącymi wraz z wilgotnym tynkiem plamami wojskowego maskowania i drewnianą drabiną, jakiej używają w swoich zagrodach chłopi do wrzucania siana przez wysokie drzwirka strychów - nie wygląda na wieżę lotniczego portu. Tylna jego część, z gnijącą białawą ościeżnicą, stanowi zapewne wychodek dla obsługi. Pośród kupek gruzu mogą walać się tam zmięte kawałki twardych gazet, albo unosić się może kwaśny odór moczu, czy zarodniki czarnej pleśni. Przed budynkiem stoją stare, zapewne pamiętające jeszcze okres wielkiej czystki, odrapane biurowe meble. Być może to dlatego umieszczony na ścianie obiektu wymiennik klimatyzatora wygląda przy nich jak kosmiczny implant, z mającej dopiero nadejść epoki. Widząc jak prezentuje się ta wieża z zewnątrz, bez trudu można spróbować wyobrazić sobie jej wnętrze. Tam, na starym, obrotowym fotelu z odłażącą tapicerką, kołysze się znudzony podpułkownik Paweł Waleriewicz Plusin. Podległy mu oficer bezmyślnie spogląda na pokrytą lekką zielonkawą mgiełką szybkę radaru. Kątem oka dostrzega, jak jego przełożony niecierpliwie wyciągnął dłoń w kierunku słuchawki aparatu telefonicznego, który właśnie zaterkotał.


Tu podpułkownik Plusin, halo, halo, halo, halo... 
- Mówi major Kurtiniec. No więc spytałem ich. Mówią, że nie wylecieli jeszcze.
- A, nie wylecieli jeszcze? 
- Tak, ale jak będzie wylot, powiedzą mi. Ja do was zadzwonię.  
- Zrozumiałem, dobrze. (…) Może zaspał? Przecież w końcu sobota. Pomyślał i tak powiedział: „Godzinkę wcześniej, godzinkę później, no jaka to różnica? A może i w ogóle?” 

Zapada trzyminutowa cisza, przerywana tylko trzaskami radia i pociągnięciami nosa zakatarzonej radiotelegrafistki. To pozorny spokój. Atmosfera w Bliższym Stanowisku Kierowania Lotami jest ciężka. Oczekuje się tu dziś polskiego Prezydenta i towarzyszących mu Delegatów, oraz całego zaplecza medialnego i organizacyjnego naszej deputacji. Analizująca napływające tego poranka informacje i dane, „wieża” w pewnym momencie odkrywa, że z Polski przylecą trzy samolotyi


środa, 13 listopada 2019

Wstęp. Czy ciągłe przedłużanie śledztwa smoleńskiego ma na celu przeczekanie układu geopolitycznego w którym nie można ujawnić prawdy?

W maju 2010 napisałem na portalu „Niepoprawni.pl” artykuł pod tytułem: „Nowe śledztwo smoleńskie zostanie wszczęte w 2076 roku?”. Nie była to przepowiednia. Raczej smutna konstatacja, że w obecnym układzie geopolitycznym niemożliwe jest oficjalne wyjaśnienie tej sprawy. Pisałem też, że układ ten może się równie dobrze zmienić w 2011 co dopiero w 2076 roku. Nie to jednak było istotą tamtego tekstu. Najważniejszą dla mnie wówczas kwestią była konieczność archiwizowania materiałów dotyczących wydarzeń z 10 kwietnia 2010. Dla przyszłego postępowania przygotowawczego. Byłem bowiem wówczas przekonany, że to ówczesne (a, wciąż jeszcze trwające śledztwo) nie zakończy się wyjaśnieniem rzeczywistej przyczyny zdarzenia. Że będzie potrzebne nowe, za kolejnych kilka lat.  

W artykule tym napisałem też, jakie materiały o Smoleńsku należy zbierać: „Wszystkie oświadczenia prasowe, zeznania świadków (bezpośrednich i pośrednich), fotografie, filmy. Tak. To są dowody rzeczowe - pisałem wówczas. Nie możemy sobie tłumaczyć, że tylko dlatego, że je czytaliśmy wczoraj one istnieją i istnieć będą. To nas nie zwalnia od działania. One istnieją tylko dziś, jutro mogą być przekształcone, podmienione, usunięte, zmanipulowane. Jutro może ich nie być. Należy więc kopiować materiały, umieszczać na różnych nośnikach (papier, dyski) i zbierać.”   

Nie rzucałem słów o zbieraniu materiałów na wiatr, ani nie pisałem tego aby przerzucić zadanie archiwizowania na barki innych, rozgrzeszając się tym, że „ja przecież mówiłem”. Przez kilka lat gromadziłem wszystko co wydawało mi się ważne. Dziś żałuję, że zrobiłem w tym względzie za mało. Że nie wszystkie rzeczy zapisywałem, bo na pierwszy rzut oka wydawały mi się mało istotne. Potem, niestety, okazywało się, że były ważne. Lecz kiedy to odkrywałem, ich już nie było.  

Za dwadzieścia tygodni nadejdzie 10 kwietnia 2020 roku. Minie 10 lat od tamtych zdarzeń. Gdyby dziś „Teleexpress” zrobił uliczną sondę i zapytał napotkanych Polaków o tamten dzień, to pewnie mieliby oni na jego temat dużo mniej do powiedzenia niż w 2010. Byliby bardziej niż wówczas zdezorientowani. Bo przecież najpierw miała to być wielka katastrofa, potem wybuchy, a teraz… cisza.  

O skali ogólnej dezorientacji świadczy choćby wypowiedź jednego z ciekawszych blogerów piszących na Niepoprawnych, którego teksty bardzo cenię. Napisał on niedawno, prawie na jednym wydechu, że dopóki żyje Putin nie dowiemy się prawdy, a zaraz potem, że zainstalowanie ładunku wybuchowego na skrzydle, to kwestia dwugodzinnej pracy ekipy specjalistów. Tyle tylko, że tych dwóch opinii nie da się ze sobą pogodzić.  

Nie dziwi mnie to jednak. Ja też o wielu rzeczach zapomniałem, a ilość różnych teorii, opinii, przeświadczeń, stereotypów i niedopowiedzeń nie służy prawdzie.  

poniedziałek, 21 października 2019

Cała prawda o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki (dotyczy też sprawy Smoleńska)

Jeszcze nie tak dawno myślałem, że to o czym szeptano w dźwiękoszczelnych pomieszczeniach wywiadu, z dala od kamer i mikrofonów, w pewnym momencie eksploduje i zatrzęsie posadami Rzeczpospolitej. A wszystkie żelbetonowe sowieckie kolumny, potiomkinowskie atrapy runą ostatecznie w gruzy za sprawą prawdy o śmierci Jerzego Popiełuszki -  okrzykniętej „kamieniem węgielnym III RP”- która się objawi.
Domagałem się pełnej informacji o zbrodni dokonanej na księdzu Jerzym, rozliczenia wszystkich winnych jego śmierci. Pisałem, że w pewnych sprawach nie ma kompromisów i że świadectwo prawdzie należy dawać nawet za cenę własnego życia.

Nie zmieniłem zdania.

Ksiądz Jerzy przechadza się po niebieskich łąkach, schodzi w parowy rajskiej rzeki z ciepłym uśmiechem na ustach. Gdyby chciał, aby prawda wypłynęła na powierzchnię jak nuklearna torpeda i rozwaliła cały postkomunistyczny śmietnik, to czy nie sprawiłby tego?

Nie zmieniłem zdania o wadze prawdy. Zmieniłem o jej istocie. 

Sądzę, że prawda nie potrzebuje trubadurów. Nie przychodzi zapowiadana rykiem trąb, ani wielkimi fajerwerkami, kosztownymi trailerami, akcjami reklamowymi i feerią świateł na bilbordzie nieba. Gdybym miał ją do czegoś porównać to do przebiśniegu. 

Wykluwa się powoli. Najpierw jest maleńką zieloną kropką na zimnej bieli, potem przecinkiem, a w końcu łodygą liściem i pąkiem. Nie eksploduje jak przeciwpiechotny granat. Rozwija się.



Oglądałem w niedzielę kilka programów o Błogosławionym. Z wszystkich wynikało, że ta oficjalna, kiszczakowa prawda którą znamy o jego śmierci jest zwykłym fejklem. Mówiono, że nie znamy rzeczywistej daty zgonu, ani nie wiemy dokładnie co zdarzyło się po uprowadzeniu. Podawano jakie obrażenia doznało ciało księdza. Dla każdego, kto tylko myśli i wyciąga wnioski stało się jasne, że jest niemożliwym, aby tak wymyślnych i okrutnych tortur mogło dokonać trzech (choćby i wynaturzonych) funkcjonariuszy, podczas podróży samochodem. Nawet jeśli księdza wieziono przez kilka godzin spętanego w bagażniku i okładano pałką.

Prowadzący program o księżach niezłomnych w TV Trwam zapytał gości - prokuratora Andrzeja Witkowskiego, prof. Wojciecha Polaka z IPN, oraz prof. Waldemara Rozynkowskiego, czy to jak zginął ksiądz Jerzy zmienia coś w postrzeganiu przez nas jego świętości i męczeństwa?


Prawda powoli wyłania się na naszych oczach. Nie krzyczy, nie puszy się, nie strzela drzwiami. Jest prawdą.

niedziela, 15 września 2019

Po „nocnej zmianie” nastąpiła dobra. Daty graniczne dla kleszczy ograniczających nasz rozwój od 1587 roku to lata 2010 i 2015

Około 1994 roku, profesora humanistyki Kazimierza Ożoga, zafascynowała teoria fal Elliotta, za pomocą której można analizować trendy rynkowe. Zadał sobie pytanie - czy nie dałoby się jej zastosować do czegoś innego niż spółki? Na przykład do państw? Przecież każdy kraj przeżywa okresy wzlotów i upadków, ma swoje dni zwycięstw i klęsk. Choćby w Polsce, gdzie po okresach rozkwitu, rozwoju gospodarczego, kulturalnego i społecznego, jakie miały miejsca w w latach 966-1138, czy 1320-1587, przychodziły dni katastrof, rozbicia, konfliktów (1138-1320, 1587-1764).

Co z tej jego fascynacji wynikło? Badając trendy jakie miały miejsce w dziejach Polski, profesor w kwietniu 2004 roku doszedł do wniosku, że potencjalnie możliwe są dwie ścieżki (obydwie korzystne dla naszego państwa), i sformułował następujący wniosek: "Z całą pewnością Polska zakończyła cykl spadkowy i rozpoczyna cykl wzrostowy. Jednakże ze względu na wysoki stopnień fali spadkowej w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat należy oczekiwać raczej pewnej niestabilności i niepewności."

Profesor w czerwcu 2010 skorygował jednak swój wykres o dwa ważne wydarzenia, które nastąpiły już po 2004 roku. Były nimi śmierć Jana Pawła II, oraz wydarzenie z 10 kwietnia 2010 roku. Naukowiec uznał wówczas tę drugą datę za "punkt zwrotny" trendu spadkowego, trwającego według niego, z niewielkimi korektami, aż od 1587 roku. Sformułował też prognozę, że 2015 rok (a było to jeszcze przed wyborami 2010 i 2011, i tuż po 10 kwietnia!) będzie rokiem "kończącym cykl kryzysów i katastrof". Prognozował też, że w 2015 roku Polska nareszcie wyrwie się z ponad czterystuletnich "kleszczy ograniczających jej prawdziwy rozwój".

niedziela, 1 września 2019

Śledztwo smoleńskie jest jak koszmarny sen

Jednym z głównych zarzutów formułowanych przeciw PiS-owi przez jego przeciwników politycznych jest to, że politycy rządzącej partii wciąż tylko mówią o wielkich przestępstwach popełnionych przez ludzi „państwa teoretycznego”, a jakoś nikt z nich dotychczas nie został jeszcze skazany, nawet za te najbardziej wybujałe i ewidentne zbrodnie, związane z grabieżą majątku narodowego czy zdradą dyplomatyczną.

Można by próbować tłumaczyć to tym, że polskie sądy, nigdy nie zostały zdekomunizowane, a bez sprawiedliwego i bezstronnego wymiaru sprawiedliwości, prawomocnie nikogo skazać przecież nie sposób. Ale takie tłumaczenia dla przeciwników obecnej władzy wydają się być nie do przyjęcia.   

Na szczęście pewne rzeczy zilustrować można za pomocą konkretnych przykładów.
Być może nie jest to najlepszy, najbardziej sztandarowy z przypadków, opisujący zjawisko z jakimi mamy do czynienia, ale - moim zdaniem - widać na nim wyraźnie, choć w mikroskali, z jaką wielką, gumową ścianą wciąż przychodzi mierzyć się rządzącym. Chodzi mi o sprawę niemożności pełnego przesłuchania - wciąż jeszcze niedoszłego, smoleńskiego świadka - tłumaczki rozmów premierów: Donalda Tuska i Władymira Putina, w dniu 10 kwietnia 2010. 



Jak wiadomo śledztwo smoleńskie do dnia dzisiejszego nie zostało zamknięte, ani przez prokuraturę polską, ani przez rosyjską i wcale nie zanosi się na to, aby mogło się to stać w najbliższym czasie. Przecież przez prawie dziesięć lat nie sformułowano prawnie nawet tego, co się w owym dniu zdarzyło.

Winnym takiego stanu rzeczy jest fakt, że wbrew wcześniejszym umowom pomiędzy Rzeczpospolitą Polską, a Federacją Rosyjską, oraz niezgodnie z międzynarodową praktyką badawczą, z analizowania przyczyn tego zdarzenia, zostali wyłączeni biegli i eksperci z Polski, a wszystkie działania kontrolne i badawcze powierzono, w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, wyłącznie ludziom Putina.  

wtorek, 18 czerwca 2019

Arabski oddał Prezydenta w ręce Rosjan

"Arabski (...) w żadnym stopniu nie odpowiada za katastrofę smoleńską". Tak rzekł Donald Tusk. Oczywiście, że nie odpowiada. Jest to stwierdzenie tak samo prawdziwe jak gdyby były premier oświadczył, że on sam nie odpowiada za wyginięcie jednorożców. Nie można odpowiadać za coś czego nie było.

Ale to krótkie zdanie - raptem dziewięć wyrazów - oprócz banału, który w istocie jest słowną machinacją, zawiera też inną manipulację odnoszącą się do wyroku sądu. Tomasz Arabski nie został przecież skazany za katastrofę, ale za to, że dopuścił do lotu samolot, który w ogóle nie powinien był odlecieć z Okęcia, bo lotnisko na którym miał wylądować, nie dość że wojskowe, było też "nieczynne i zamknięte" (cytat z uzasadnienia postępowania prokuratorskiego). Miało być uruchomione tylko na samo lądowanie i start samolotów 7-ego, a potem 10 kwietnia 2010 roku. Z tego powodu polskie służby nie mogły na nim przeprowadzić wizji lokalnej przed przybyciem Delegacji. Zostały sparaliżowane i zdane całkowicie na łaskę Rosjan. Mogły robić tylko to na co ci im zezwolili. A nie zezwolili praktycznie na nic (np. brak BOR-u na płycie 10 kwietnia). Arabski de facto oddał polskiego Prezydenta całkowicie w ich ręce.

"Polskość to nienormalność" Donald T. ściąga maskę


 Donald Tusk już kiedyś stwierdził, że "dla Polski lepiej jest znać prawdę i nie mieć wojny, niż nie znać prawdy i mieć wojnę", Wydawałoby się, że to znów truizm. To tak jakby powiedzieć, że lepiej jest być bogatym i zdrowym, niż chorym i biednym. Donaldowi T. jednak wcale nie o to chodziło. Wcześniej bowiem użył on określenia "wygraliśmy >>prawdę o 'katastrofie'<<". To taka sama "prawda", jak ta o Arabskim. Która nie opisuje stanu faktycznego, ale którą dopiero trzeba "wygrać" (cokolwiek by to nie znaczyło), aby stała się "prawdą". Wygląda na to, że w jego świecie istnieją różne "prawdy" - dotyczące nawet jednej kwestii - które ścierają się ze sobą. Wygrywa ta, która stanie się narracją dominującą. Według jego słów - ta Tuskowa miała "wygrać" w kwestii Smoleńska.
Dopiero w takim świetle to pierwsze zdanie - o tym, że "lepiej znać prawdę..." przestaje być banalne.  

piątek, 7 czerwca 2019

Bajki o dyktaturze, oraz dlaczego animki się boją większości konstytucyjnej

Co by było, gdyby PiS wbrew obowiązującemu prawu przeprowadził reformę sądownictwa? Taką jak zamierzał na początku - likwidującą sądowe mafie, oraz cały wymiar niesprawiedliwości i korupcji? Byłaby wielka awantura na skalę światową, okrzyknięto by Jarosława Kaczyńskiego dyktatorem, a Zbigniewa Ziobrę faszystą i wszystkie “cywilizowane kraje” (czytaj: Niemcy i ci członkowie UE, którzy daliby się do akcji zwerbować) zerwałyby relacje z Polską. Mielibyśmy blokadę gospodarczą, bojkot polityczny (w najlepszym razie) i „totalitarny reżim PiS” upadłby w ciągu dwóch tygodni. A stary system sądownictwa, na wiele, wiele lat, zostałby zakonserwowany. To jest tylko jeden z przykładów wyjaśniających dlaczego działania rządu wydają się być - według niektórych - „mało zdecydowane i asekuracyjne”.
Konfederaci określają te ostrożne (ja tak je nazywam, nie oni) posunięcia rządzących, zdradą narodową, a „skończona opozycja” zdradą stanu. Ciekawa analogia, która świadczy nie tylko o dewaluacji słów, ale i o rosnącym ryzyku zastąpienia ich inną, mocniejszą walutą.