wtorek, 10 grudnia 2019

Przed brzaskiem

Lotniskowe latarnie rozsiewają grudki żółtawego blasku. Stojące na wojskowym Okęciu samoloty ledwie szarzeją pośród ogarniającej wszystko ciemności. Około czwartej rano przybywają pierwsi pasażerowie. To dziennikarze. Według pierwotnego planu, połowa z nich miała polecieć do Katynia tym samym samolotem co Prezydent(1). Druga natomiast, inną maszyną, wraz z częścią Delegacji. Niektórzy z żurnalistów jednak już dzień wcześniej, a inni dopiero po przybyciu na miejsce dowiadują się, że tym razem żaden z nich nie poleci z głową państwa(2). Podczas prezydentury Lecha Kaczyńskiego taka sytuacja, aby dziennikarze - a przynajmniej jakaś ich część - nie lecieli wraz z nim, zdarzy się dzisiaj po raz pierwszy(3). Wygląda więc na to, że sytuacja jest szczególna, a cała wyprawa obarczona dużym ryzykiem. Dziennikarze dowiadują się też, że mają podróżować jednym z przygotowanych wcześniej Jaków-40.
Mający rozpocząć w tym dniu o godzinie piątej, całą eskapadę samolot, weźmie na pokład tylko kilkunastu z nich. Poza dziennikarzami  pierwszym Jakiem poleci jeszcze pracownica Kancelarii Prezydenta, której zadaniem jest utrzymywanie dobrych relacji z mediami.
Zaspane, blade twarze mocno odcinają się od jasnobrązowych zagłówków foteli. Na pokładzie Jaka jest klaustrofobicznie ciasno. Widoczne jest to szczególnie teraz, gdy przedział pasażerski samolotu wypełniony jest do ostatniego miejsca. Schodki znajdujące w części ogonowej unoszą się i zgrzytliwie chowają, wraz z wejściem ostatniego z pasażerów. Słychać szczęk zatrzaskiwanych pasów bezpieczeństwa; skrzypienie foteli i pojedyncze, wyrwane z kontekstu słowa. Zegary w wyłączanych właśnie przez dziennikarzy telefonach komórkowych wyświetlają godzinę 5:00(4). Pasażerowie przygotowują się do lotu, rozkładają gazety, wyglądają przez iluminatory. 


czwartek, 21 listopada 2019

Smoleńska wieża

Pośród szarej, zeszłorocznej trawy, budynek wschodniej wieży lotniska „Siewiernyj” w Smoleńsku rozsiadł się pokracznie jak składająca skrzek wyłupiastooka ropucha. Poplamiony brązem, zielenią, beżem i siną bielą – kolorami, które pościerał czas; z odłażącymi wraz z wilgotnym tynkiem plamami wojskowego maskowania i drewnianą drabiną, jakiej używają w swoich zagrodach chłopi do wrzucania siana przez wysokie drzwirka strychów - nie wygląda na wieżę lotniczego portu. Tylna jego część, z gnijącą białawą ościeżnicą, stanowi zapewne wychodek dla obsługi. Pośród kupek gruzu mogą walać się tam zmięte kawałki twardych gazet, albo unosić się może kwaśny odór moczu, czy zarodniki czarnej pleśni. Przed budynkiem stoją stare, zapewne pamiętające jeszcze okres wielkiej czystki, odrapane biurowe meble. Być może to dlatego umieszczony na ścianie obiektu wymiennik klimatyzatora wygląda przy nich jak kosmiczny implant, z mającej dopiero nadejść epoki. Widząc jak prezentuje się ta wieża z zewnątrz, bez trudu można spróbować wyobrazić sobie jej wnętrze. Tam, na starym, obrotowym fotelu z odłażącą tapicerką, kołysze się znudzony podpułkownik Paweł Waleriewicz Plusin. Podległy mu oficer bezmyślnie spogląda na pokrytą lekką zielonkawą mgiełką szybkę radaru. Kątem oka dostrzega, jak jego przełożony niecierpliwie wyciągnął dłoń w kierunku słuchawki aparatu telefonicznego, który właśnie zaterkotał.


Tu podpułkownik Plusin, halo, halo, halo, halo... 
- Mówi major Kurtiniec. No więc spytałem ich. Mówią, że nie wylecieli jeszcze.
- A, nie wylecieli jeszcze? 
- Tak, ale jak będzie wylot, powiedzą mi. Ja do was zadzwonię.  
- Zrozumiałem, dobrze. (…) Może zaspał? Przecież w końcu sobota. Pomyślał i tak powiedział: „Godzinkę wcześniej, godzinkę później, no jaka to różnica? A może i w ogóle?” 

Zapada trzyminutowa cisza, przerywana tylko trzaskami radia i pociągnięciami nosa zakatarzonej radiotelegrafistki. To pozorny spokój. Atmosfera w Bliższym Stanowisku Kierowania Lotami jest ciężka. Oczekuje się tu dziś polskiego Prezydenta i towarzyszących mu Delegatów, oraz całego zaplecza medialnego i organizacyjnego naszej deputacji. Analizująca napływające tego poranka informacje i dane, „wieża” w pewnym momencie odkrywa, że z Polski przylecą w sumie aż trzy samolotyi


środa, 13 listopada 2019

Czy ciągłe przedłużanie śledztwa smoleńskiego ma na celu przeczekanie układu geopolitycznego w którym nie można ujawnić prawdy?

W maju 2010 napisałem na portalu „Niepoprawni.pl” artykuł pod tytułem: „Nowe śledztwo smoleńskie zostanie wszczęte w 2076 roku?”. Nie była to przepowiednia. Raczej smutna konstatacja, że w obecnym układzie geopolitycznym niemożliwe jest oficjalne wyjaśnienie tej sprawy. Pisałem też, że układ ten może się równie dobrze zmienić w 2011 co dopiero w 2076 roku. Nie to jednak było istotą tamtego tekstu. Najważniejszą dla mnie wówczas kwestią była konieczność archiwizowania materiałów dotyczących wydarzeń z 10 kwietnia 2010. Dla przyszłego postępowania przygotowawczego. Byłem bowiem wówczas przekonany, że to ówczesne (a, wciąż jeszcze trwające śledztwo) nie zakończy się wyjaśnieniem rzeczywistej przyczyny zdarzenia. Że będzie potrzebne nowe, za kolejnych kilka lat.  

W artykule tym napisałem też, jakie materiały o Smoleńsku należy zbierać: „Wszystkie oświadczenia prasowe, zeznania świadków (bezpośrednich i pośrednich), fotografie, filmy. Tak. To są dowody rzeczowe - pisałem wówczas. Nie możemy sobie tłumaczyć, że tylko dlatego, że je czytaliśmy wczoraj one istnieją i istnieć będą. To nas nie zwalnia od działania. One istnieją tylko dziś, jutro mogą być przekształcone, podmienione, usunięte, zmanipulowane. Jutro może ich nie być. Należy więc kopiować materiały, umieszczać na różnych nośnikach (papier, dyski) i zbierać.”   

Nie rzucałem słów o zbieraniu materiałów na wiatr, ani nie pisałem tego aby przerzucić zadanie archiwizowania na barki innych, rozgrzeszając się tym, że „ja przecież mówiłem”. Przez kilka lat gromadziłem wszystko co wydawało mi się ważne. Dziś żałuję, że zrobiłem w tym względzie za mało. Że nie wszystkie rzeczy zapisywałem, bo na pierwszy rzut oka wydawały mi się mało istotne. Potem, niestety, okazywało się, że były ważne. Lecz kiedy to odkrywałem, ich już nie było.  

Za dwadzieścia tygodni nadejdzie 10 kwietnia 2020 roku. Minie 10 lat od tamtych zdarzeń. Gdyby dziś „Teleexpress” zrobił uliczną sondę i zapytał napotkanych Polaków o tamten dzień, to pewnie mieliby oni na jego temat dużo mniej do powiedzenia niż w 2010. Byliby bardziej niż wówczas zdezorientowani. Bo przecież najpierw miała to być wielka katastrofa, potem wybuchy, a teraz… cisza.  

O skali ogólnej dezorientacji świadczy choćby wypowiedź jednego z ciekawszych blogerów piszących na Niepoprawnych, którego teksty bardzo cenię. Napisał on niedawno, prawie na jednym wydechu, że dopóki żyje Putin nie dowiemy się prawdy, a zaraz potem, że zainstalowanie ładunku wybuchowego na skrzydle, to kwestia dwugodzinnej pracy ekipy specjalistów. Tyle tylko, że tych dwóch opinii nie da się ze sobą pogodzić.  

Nie dziwi mnie to jednak. Ja też o wielu rzeczach zapomniałem, a ilość różnych teorii, opinii, przeświadczeń, stereotypów i niedopowiedzeń nie służy prawdzie.  

poniedziałek, 21 października 2019

Cała prawda o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki (dotyczy też sprawy Smoleńska)

Jeszcze nie tak dawno myślałem, że to o czym szeptano w dźwiękoszczelnych pomieszczeniach wywiadu, z dala od kamer i mikrofonów, w pewnym momencie eksploduje i zatrzęsie posadami Rzeczpospolitej. A wszystkie żelbetonowe sowieckie kolumny, potiomkinowskie atrapy runą ostatecznie w gruzy za sprawą prawdy o śmierci Jerzego Popiełuszki -  okrzykniętej „kamieniem węgielnym III RP”- która się objawi.
Domagałem się pełnej informacji o zbrodni dokonanej na księdzu Jerzym, rozliczenia wszystkich winnych jego śmierci. Pisałem, że w pewnych sprawach nie ma kompromisów i że świadectwo prawdzie należy dawać nawet za cenę własnego życia.

Nie zmieniłem zdania.

Ksiądz Jerzy przechadza się po niebieskich łąkach, schodzi w parowy rajskiej rzeki z ciepłym uśmiechem na ustach. Gdyby chciał, aby prawda wypłynęła na powierzchnię jak nuklearna torpeda i rozwaliła cały postkomunistyczny śmietnik, to czy nie sprawiłby tego?

Nie zmieniłem zdania o wadze prawdy. Zmieniłem o jej istocie. 

Sądzę, że prawda nie potrzebuje trubadurów. Nie przychodzi zapowiadana rykiem trąb, ani wielkimi fajerwerkami, kosztownymi trailerami, akcjami reklamowymi i feerią świateł na bilbordzie nieba. Gdybym miał ją do czegoś porównać to do przebiśniegu. 

Wykluwa się powoli. Najpierw jest maleńką zieloną kropką na zimnej bieli, potem przecinkiem, a w końcu łodygą liściem i pąkiem. Nie eksploduje jak przeciwpiechotny granat. Rozwija się.



Oglądałem w niedzielę kilka programów o Błogosławionym. Z wszystkich wynikało, że ta oficjalna, kiszczakowa prawda którą znamy o jego śmierci jest zwykłym fejklem. Mówiono, że nie znamy rzeczywistej daty zgonu, ani nie wiemy dokładnie co zdarzyło się po uprowadzeniu. Podawano jakie obrażenia doznało ciało księdza. Dla każdego, kto tylko myśli i wyciąga wnioski stało się jasne, że jest niemożliwym, aby tak wymyślnych i okrutnych tortur mogło dokonać trzech (choćby i wynaturzonych) funkcjonariuszy, podczas podróży samochodem. Nawet jeśli księdza wieziono przez kilka godzin spętanego w bagażniku i okładano pałką.

Prowadzący program o księżach niezłomnych w TV Trwam zapytał gości - prokuratora Andrzeja Witkowskiego, prof. Wojciecha Polaka z IPN, oraz prof. Waldemara Rozynkowskiego, czy to jak zginął ksiądz Jerzy zmienia coś w postrzeganiu przez nas jego świętości i męczeństwa?


Prawda powoli wyłania się na naszych oczach. Nie krzyczy, nie puszy się, nie strzela drzwiami. Jest prawdą.

niedziela, 20 października 2019

Wróg chce wywołać w nas poczucie permanentnego lęku

W piątek wpadł do mnie po południu Janek, emeryt. Nie wiedziałem go już od kilku miesięcy. Wyraźnie było po nim widać, że jest czymś bardzo zaniepokojony. - Jak myślisz czy wybory mogły zostać sfałszowane? - zagadnął, niemal zaraz po powitaniu. Popatrzyłem w jego oczy i zobaczyłem w ich kącikach niepokój. - A jak myślisz - odpowiedziałem mu pytaniem na pytanie - skoro wynik generalnie pokrywa się z badaniami różnych sondażowni, z lewej i z prawej , ze środka i jeszcze z zewnątrz, to w jakim stopniu mogą być sfałszowane? Do czego Janku zmierzasz? 
- Obawiam się - westchnął ciężko, a ja w tym momencie poczułem,  że te słowa  autentycznie płyną mu z serca - że teraz PiS, mając taką władzę może nas wziąć za pysk.
- Co to znaczy „taką władzę” - uśmiechnąłem się. - Mają w Sejmie dokładnie tylu posłów ilu mieli w poprzedniej kadencji, a w Senacie nawet mniej. Realnie można więc powiedzieć, że mają znacznie mniej władzy. Co ty Janku oglądasz za programy w telewizji? Skoro przez cztery, lata będąc teoretycznie silniejsi niż teraz, nie zrobili nic złego, a wręcz - powiedziałbym - starali się zrobić tyle dobrego ile mogli, to dlaczego akurat teraz mieliby chcieć „wziąć nas za pysk”?

Pewnie bym o tym zdarzeniu zapomniał i złożył je na karb powyborczego pobudzenia Janka, gdyby nie to, że następnego dnia odwiedziłem kilka saloników prasowych. Co rzuciło mi się w oczy? W każdym z tych miejsc, od wejścia nieodmiennie przykuwała moją uwagę okładka „Nesweeka”. Czarna plama obwoluty, a z jej mroku wynurza się, nieco diabolicznie, twarz Jarosława Kaczyńskiego. Pod nią czerwony napis „Pójdzie na całość?” 

Można wzruszyć ramionami, albo skrzywić się na to z niesmakiem. Ale, moim zdaniem, była by to niewłaściwa reakcja. Bo ta okładka to nie jest subiektywny osąd jakiegoś redaktora, czy nawet wyraz frustracji całej redakcji tygodnika. Ja widzę w tym z premedytacją realizowany program. Jest nim wywoływanie społecznego lęku. To zresztą tylko jedno z takich działań. Wystarczy - tylko przykładowo - pooglądać TVN, poczytać Onetu, posłuchać kilku polityków opozycji. Ten motyw nastawiony na wywoływanie lęku przewija się tam - moim zdaniem - nieustannie.

niedziela, 15 września 2019

Po „nocnej zmianie” nastąpiła dobra. Daty graniczne dla kleszczy ograniczających nasz rozwój od 1587 roku to lata 2010 i 2015

Około 1994 roku, profesora humanistyki Kazimierza Ożoga, zafascynowała teoria fal Elliotta, za pomocą której można analizować trendy rynkowe. Zadał sobie pytanie - czy nie dałoby się jej zastosować do czegoś innego niż spółki? Na przykład do państw? Przecież każdy kraj przeżywa okresy wzlotów i upadków, ma swoje dni zwycięstw i klęsk. Choćby w Polsce, gdzie po okresach rozkwitu, rozwoju gospodarczego, kulturalnego i społecznego, jakie miały miejsca w w latach 966-1138, czy 1320-1587, przychodziły dni katastrof, rozbicia, konfliktów (1138-1320, 1587-1764).

Co z tej jego fascynacji wynikło? Badając trendy jakie miały miejsce w dziejach Polski, profesor w kwietniu 2004 roku doszedł do wniosku, że potencjalnie możliwe są dwie ścieżki (obydwie korzystne dla naszego państwa), i sformułował następujący wniosek: "Z całą pewnością Polska zakończyła cykl spadkowy i rozpoczyna cykl wzrostowy. Jednakże ze względu na wysoki stopnień fali spadkowej w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat należy oczekiwać raczej pewnej niestabilności i niepewności."

Profesor w czerwcu 2010 skorygował jednak swój wykres o dwa ważne wydarzenia, które nastąpiły już po 2004 roku. Były nimi śmierć Jana Pawła II, oraz wydarzenie z 10 kwietnia 2010 roku. Naukowiec uznał wówczas tę drugą datę za "punkt zwrotny" trendu spadkowego, trwającego według niego, z niewielkimi korektami, aż od 1587 roku. Sformułował też prognozę, że 2015 rok (a było to jeszcze przed wyborami 2010 i 2011, i tuż po 10 kwietnia!) będzie rokiem "kończącym cykl kryzysów i katastrof". Prognozował też, że w 2015 roku Polska nareszcie wyrwie się z ponad czterystuletnich "kleszczy ograniczających jej prawdziwy rozwój".

niedziela, 1 września 2019

Śledztwo smoleńskie jest jak koszmarny sen

Jednym z głównych zarzutów formułowanych przeciw PiS-owi przez jego przeciwników politycznych jest to, że politycy rządzącej partii wciąż tylko mówią o wielkich przestępstwach popełnionych przez ludzi „państwa teoretycznego”, a jakoś nikt z nich dotychczas nie został jeszcze skazany, nawet za te najbardziej wybujałe i ewidentne zbrodnie, związane z grabieżą majątku narodowego czy zdradą dyplomatyczną.

Można by próbować tłumaczyć to tym, że polskie sądy, nigdy nie zostały zdekomunizowane, a bez sprawiedliwego i bezstronnego wymiaru sprawiedliwości, prawomocnie nikogo skazać przecież nie sposób. Ale takie tłumaczenia dla przeciwników obecnej władzy wydają się być nie do przyjęcia.   

Na szczęście pewne rzeczy zilustrować można za pomocą konkretnych przykładów.
Być może nie jest to najlepszy, najbardziej sztandarowy z przypadków, opisujący zjawisko z jakimi mamy do czynienia, ale - moim zdaniem - widać na nim wyraźnie, choć w mikroskali, z jaką wielką, gumową ścianą wciąż przychodzi mierzyć się rządzącym. Chodzi mi o sprawę niemożności pełnego przesłuchania - wciąż jeszcze niedoszłego, smoleńskiego świadka - tłumaczki rozmów premierów: Donalda Tuska i Władymira Putina, w dniu 10 kwietnia 2010. 



Jak wiadomo śledztwo smoleńskie do dnia dzisiejszego nie zostało zamknięte, ani przez prokuraturę polską, ani przez rosyjską i wcale nie zanosi się na to, aby mogło się to stać w najbliższym czasie. Przecież przez prawie dziesięć lat nie sformułowano prawnie nawet tego, co się w owym dniu zdarzyło.

Winnym takiego stanu rzeczy jest fakt, że wbrew wcześniejszym umowom pomiędzy Rzeczpospolitą Polską, a Federacją Rosyjską, oraz niezgodnie z międzynarodową praktyką badawczą, z analizowania przyczyn tego zdarzenia, zostali wyłączeni biegli i eksperci z Polski, a wszystkie działania kontrolne i badawcze powierzono, w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, wyłącznie ludziom Putina.  

wtorek, 18 czerwca 2019

Arabski oddał Prezydenta w ręce Rosjan

"Arabski (...) w żadnym stopniu nie odpowiada za katastrofę smoleńską". Tak rzekł Donald Tusk. Oczywiście, że nie odpowiada. Jest to stwierdzenie tak samo prawdziwe jak gdyby były premier oświadczył, że on sam nie odpowiada za wyginięcie jednorożców. Nie można odpowiadać za coś czego nie było.

Ale to krótkie zdanie - raptem dziewięć wyrazów - oprócz banału, który w istocie jest słowną machinacją, zawiera też inną manipulację odnoszącą się do wyroku sądu. Tomasz Arabski nie został przecież skazany za katastrofę, ale za to, że dopuścił do lotu samolot, który w ogóle nie powinien był odlecieć z Okęcia, bo lotnisko na którym miał wylądować, nie dość że wojskowe, było też "nieczynne i zamknięte" (cytat z uzasadnienia postępowania prokuratorskiego). Miało być uruchomione tylko na samo lądowanie i start samolotów 7-ego, a potem 10 kwietnia 2010 roku. Z tego powodu polskie służby nie mogły na nim przeprowadzić wizji lokalnej przed przybyciem Delegacji. Zostały sparaliżowane i zdane całkowicie na łaskę Rosjan. Mogły robić tylko to na co ci im zezwolili. A nie zezwolili praktycznie na nic (np. brak BOR-u na płycie 10 kwietnia). Arabski de facto oddał polskiego Prezydenta całkowicie w ich ręce.

"Polskość to nienormalność" Donald T. ściąga maskę


 Donald Tusk już kiedyś stwierdził, że "dla Polski lepiej jest znać prawdę i nie mieć wojny, niż nie znać prawdy i mieć wojnę", Wydawałoby się, że to znów truizm. To tak jakby powiedzieć, że lepiej jest być bogatym i zdrowym, niż chorym i biednym. Donaldowi T. jednak wcale nie o to chodziło. Wcześniej bowiem użył on określenia "wygraliśmy >>prawdę o 'katastrofie'<<". To taka sama "prawda", jak ta o Arabskim. Która nie opisuje stanu faktycznego, ale którą dopiero trzeba "wygrać" (cokolwiek by to nie znaczyło), aby stała się "prawdą". Wygląda na to, że w jego świecie istnieją różne "prawdy" - dotyczące nawet jednej kwestii - które ścierają się ze sobą. Wygrywa ta, która stanie się narracją dominującą. Według jego słów - ta Tuskowa miała "wygrać" w kwestii Smoleńska.
Dopiero w takim świetle to pierwsze zdanie - o tym, że "lepiej znać prawdę..." przestaje być banalne.  

piątek, 7 czerwca 2019

Bajki o dyktaturze, oraz dlaczego animki się boją większości konstytucyjnej

Co by było, gdyby PiS wbrew obowiązującemu prawu przeprowadził reformę sądownictwa? Taką jak zamierzał na początku - likwidującą sądowe mafie, oraz cały wymiar niesprawiedliwości i korupcji? Byłaby wielka awantura na skalę światową, okrzyknięto by Jarosława Kaczyńskiego dyktatorem, a Zbigniewa Ziobrę faszystą i wszystkie “cywilizowane kraje” (czytaj: Niemcy i ci członkowie UE, którzy daliby się do akcji zwerbować) zerwałyby relacje z Polską. Mielibyśmy blokadę gospodarczą, bojkot polityczny (w najlepszym razie) i „totalitarny reżim PiS” upadłby w ciągu dwóch tygodni. A stary system sądownictwa, na wiele, wiele lat, zostałby zakonserwowany. To jest tylko jeden z przykładów wyjaśniających dlaczego działania rządu wydają się być - według niektórych - „mało zdecydowane i asekuracyjne”.
Konfederaci określają te ostrożne (ja tak je nazywam, nie oni) posunięcia rządzących, zdradą narodową, a „skończona opozycja” zdradą stanu. Ciekawa analogia, która świadczy nie tylko o dewaluacji słów, ale i o rosnącym ryzyku zastąpienia ich inną, mocniejszą walutą.

czwartek, 30 maja 2019

Jaka jest alternatywa dla polityki PiS?

Czy żyjąc w czasach, w których nie jesteśmy w stanie przewidzieć skutków, jakie przyniesie ze sobą próba sił światowych mocarzy, nie jest nam, najbardziej ze wszystkiego, konieczny patronat ze strony jakiejś potęgi gospodarczej i militarnej? Szczególnie dotyczy to Polski - kraju leżącemu w newralgicznym geopolitycznie miejscu. Takie przymierze – moim zdaniem - jest warunkiem koniecznym, jeśli chcemy w miarę bezpiecznie żyć, w suwerennym, a przy tym również rozwijającym się państwie. Sama obecność Polski w NATO, czy Unii Europejskiej okazała się bowiem - jak to wykazały wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku (zamknięte jak klamrą, złowieszczymi słowami: "państwo zdało egzamin") - niewystarczająca do samodzielnego i równocześnie sprawnego funkcjonowania naszej ojczyzny.  

poniedziałek, 20 maja 2019

Jaka siła pragnie rozpadu Polski i wyginięcia Polaków, czyli na kogo oddam swój głos

Zastanawiałem się bardzo długo na kogo oddać swój głos, aby mieć poczucie, że nie postawiło się na takiego człowieka, który będzie chciał zamienić go na garść srebrników. Jaką drogą pójść? Czy tą, którą wskazuje nam PiS, czy może Kukiz-15? A jeśli to powinna być ścieżka, którą chce poprowadzić nas Konfederacja? O Wiośnie i Koalicji Europejskiej nie wspomnę nawet, bo jest to zbieranina ludzi reprezentująca interesy wszystkich (chyba głównie jednak własne), tylko nie Polaków. Sami mienią się być przecież "Europejczykami". Polaków zaś mają, w gruncie rzeczy – chociaż o ich głosy zabiegają - w pogardzie. "Polskość to (dla nich) nienormalność". O głosowaniu na ugrupowania o korzeniach komunistycznych i lewackich, nawet nie zamierzam wspominać, bo jeśli nawet destrukcja nie jest ich celem, to zawsze, w końcu i tak staje się ona efektem ich działań.
Były agent KGB – Jurij Bezmenow (alias Tomas Schuman) opowiadając o tym, jak likwiduje się państwa za pomocą agentury wpływu, przedstawił jeszcze w 1983 roku, dokładny scenariusz, opisujący toczka w toczkę te działania i metody, jakie niektóre, obecnie działające w Polsce siły polityczne usiłują wprowadzać u nas w życie: "Przewrót ideologiczny jest procesem jawnym i zgodnym z prawem cywilizacji zachodniej" – mówił Bezmenow. "Jeśli ktoś myśli, że dywersantem jest ktoś kto chce wysadzać mosty, to popełnia błąd. (...) Dywersant to student z wymiany między uczelniami, to dyplomata, to aktor, artysta, czy dziennikarz." Aby z wirtuozerią zlikwidować i podbić jakieś państwo nie trzeba być dziś troglodytą i używać prymitywnej siły zbrojnej, ale w pierwszej kolejności "zniszczyć system wartości w kraju wroga". 

wtorek, 14 maja 2019

Patrzmy jak się gryzą i zacierajmy łapki, czyli o pandemii wścieklizny polskiej

Można próbować żyć z dala od polityki. Ale ona i tak wedrze się do naszego życia jak woda do dziurawej szalupy. Oto idę na spacer z psem i nagle przed moimi oczyma wykwita rumiana twarz na plakacie. Nie jest to bynajmniej bajkowy "chłopiec z plakatu", ale zupełnie dorosły osobnik, sygnowany znakiem ugrupowania, pod którego barwami wstępuje w wyborcze szranki. W tym momencie łapię się na tym, że kipi we mnie gniew. Mam ochotę, ten baner z którego patrzy na mnie uśmiechnięta, zadowolona z siebie fizjonomia, porwać na strzępy. I choć nie wykonuję żadnego ruchu - nie wybucham szaleńczym gniewem, nie miotam stekiem wyzwisk, ba, nawet nie zamruczę niczego do siebie pod nosem, bo ta złość tylko sobie kipi we mnie, niewidocznie i cicho, jak w szybkowarze - to ten mój, z natury spokojny pies, nagle zaczyna wściekle szczekać. To potulne bydle, które ucieka na widok pająka, i przymila do każdego pijaka napotkanego po drodze, rzuca się nagle z obłąkańczym ujadaniem w kierunku tej dufnej twarzy z plakatu. Zapiera się przy tym nogami tak, że tylko z trudem udaje mi się go od niej odciągnąć.
Czy to jakiś zupełnie odosobniony przypadek, czy też to może ta moja agresja, co we mnie buzuje, przeniosły się na Bogu ducha winne zwierzę? Nie wiem jak jest z przenoszeniem emocji z właścicieli na ich psy, ale pomiędzy ludźmi ta reakcja przechodzenia zachodzi na pewno. Czy nie znamy z autopsji napięcia, które panuje w poczekalni u dentysty, które udziela nam się nawet wtedy, gdy przychodzimy tam tylko w charakterze asysty pacjenta? Albo to inne, kiedy stoimy w kolejce po jakiś deficytowy towar, którego za chwilę może dla nas braknąć. Przenosimy na siebie nawzajem emocje, choćbyśmy sobie nawet założyli maseczki na twarz. Nieważne jakie - te greckie, komediowe i te aseptyczne, czy nawet kosmetyczne. I choćby nawet ktoś się zaklinał, że czyjeś emocje się go nie imają i żyje sobie oto błogo, we własnym sosie, jak pierożek oblany masełkiem, z dala od wszelakich konfliktów, to ja mu po prostu nie wierzę. Wszystkich nas ta franca-przypadłość dotyka, w większym lub mniejszym stopniu. Więc choćby ktoś, nie wiem nawet jak bardzo, deklarował, że trzyma się z dala od polityki - ta i tak go dopadnie. Razem z polityczną złością. Co tu dużo mówić i owijać w stare onuce... Mamy w Polsce epidemię! Może nie wszyscy przechodzimy ją ciężko i z powikłaniami, ale dotyka ona przecież każdego.

środa, 1 maja 2019

Społeczne napięcie osiągnęło maksymalny poziom

Wydaje mi się, że nie tylko ja, ale chyba większość z nas, intuicyjnie odczuwa, iż napięcie w Polsce cały czas narasta. Czy jest to tylko wrażenie czy raczej zjawisko, które da się jakoś zmierzyć? A jeśli da się go wyliczyć, to jaki może być jego poziom krytyczny - pułap powyżej którego grozić może, na przykład, wybuch społeczny? Zastanawiam się też nad tym - skąd się to napięcie w ogóle wzięło – jakie było jego źródło? O ile jakieś źródło w ogóle było.
Tropiąc odpowiedzi na te pytania, dotarłem do miejsc, w których musiałem zastanowić się nad swymi reakcjami, oraz dokładnie przeanalizować swoje emocje. Ponieważ konflikt polega głównie na niezgodzie, to chciałbym również Ciebie Czytelniku prosić, abyś czytając ten tekst, zaznaczył te fragmenty mojego komentarza, z którymi się nie zgadzasz.

Poszukiwania rozpocząłem od ostatniego z pytań – od próby zlokalizowania źródła społecznego napięcia. Postawiłem sobie taką roboczą tezę, że ma ono swój początek w wydarzeniach 10 kwietnia 2010. Ta hipoteza zaczęła się lęgnąć w mej głowie, gdy przeczytałem pewien artykuł z 2013 roku, zamieszczony w „Polityce” pióra Pawła Artymowicza (gorącego zwolennika tezy „katastroficznej” wydarzenia), który napisał tak: Jednak zamiast maleć, wokół katastrofy smoleńskiej narastają wątpliwości. (…) Ponad połowa zapytanych jest zdania, że katastrofa nie została należycie wyjaśniona (…). W społeczeństwie postępuje z wolna toksyczny podział, zatruwający życie publiczne i osobiste - podział, który wielu określa jako głębszy niż w czasie stanu wojennego w latach osiemdziesiątych. Wydaje się, że podział ten utrzyma się bardzo długo. („Analiza dźwiękowa smoleńskiej katastrofy” 03.04.2013 i )

Byłem zdumiony, jak to jego przeczucie jest zbliżone do tego co sam myślę w tej kwestii. W Dzienniku Bałtyckim natrafiłem zaś na pochodzący z tego samego 2013 roku artykuł, noszący tytuł: Konflikty społeczne w Polsce. Czy jest aż tak źle? Stamtąd wynotowałem taki fragment:
Jeszcze w połowie lat 90. XX wieku co drugi rodak, ankietowany przez CBOS twierdził, że w Polsce nie ma konfliktów społecznych. Dziś odsetek "optymistów" zmalał do 17 proc. Większość - niezależnie od poglądów politycznych i zainteresowania sprawami publicznymi - jest przekonana, że krajem targają społeczne konflikty. To najwyższy wynik w historii badań, przeprowadzanych przez CBOS. Co się z nami przez dwie dekady stało? ii
W artykule tym, przywołany jest też przykład „Smoleńska”.
- Od kilku lat nie mogę równocześnie zapraszać na rodzinne uroczystości cioci Ewy i kuzyna Pawła - mówi gdańska lekarka - Koszmarnie się kłócą na tematy polityczne, Ewa wyzwała Pawła od idiotów, a on oskarżył ją, że wspiera morderców. Z nostalgią wspominam czasy, gdy dyskutowaliśmy o dzieciach, chorobach. Może to małe pocieszenie, ale inni mają jeszcze gorzej - przyjaciółka przestała chodzić na Wigilię do rodziców, by nie spotkać tam brata. Poszło o Smoleńsk
 
W swojej naiwności i trochę zarozumialstwie, wydawało mi się, że nie tylko znalazłem dowód na istnienie trendu (pogłębiania się w społeczeństwie konfliktu), ale i potwierdzenie jego przyczyny. Zaciekawiony jednak informacją o badaniach CBOS, postanowiłem odszukać sondaże traktujące o tym jak Polacy oceniają poziom własnego skonfliktowania, w dłuższej przestrzeni czasowej.
Nie było to wcale proste, bo raporty Centrum są odpłatne i często mają mylące tytuły. W końcu jednak udało mi się ustalić iii, że w latach 1987-1988 (a więc jeszcze przed okrągłym stołem) na istnienie konfliktów społecznych wskazywało 48 proc. ankietowanych. W 1994 r. było to 54 procent badanej populacji, a zaledwie dwa lata później – bo w 1996 r oceniało tak już 66 procent respondentów. Następne dane mam właśnie za rok 2013. Tu aż 73 procent badanych wyraża swoje przekonanie, że w Polsce występują konflikty społeczne, a tylko 17 procent twierdzi, że takowych nie ma. To są właśnie te badania, o których pisze „Dziennik Bałtycki” nazywając je „najwyższym wynikiem”. Tyle, że nie jest on najwyższy. Był. Jest bowiem jeszcze badanie, z 2017 (160/2017) roku iv. Daje się z niego jednak ustalić, że aż 90 procent badanych uważa że targają nami konflikty, ale już tylko 2 procent sądzi, że nie jesteśmy podzieleni i skonfliktowani. Mielibyśmy więc tutaj jednak trwały, wzrostowy trend w odczuwaniu napięcia, postępujący z 48 do aż 90 procent, w ciągu ostatnich 30 lat. Jednym słowem – podwojenie. Podwojenie odczuwania, a więc i rzeczywistego doznawania konfliktów społecznych. 

wtorek, 9 kwietnia 2019

Tylko dureń powie prawdę o Smoleńsku

Mija już dziewięć lat, a mord dokonany w dniu 10 kwietnia 2010 roku, wciąż stanowi jeden z głównych zworników polityki. Ujawnienie szczegółów tej zbrodni spowodowałoby przebiegunowanie Ziemi. Polityczne oczywiście. A z tym do końca nigdy nic nie wiadomo. Jakie pociągnęłoby za sobą skutki uboczne? Jakie skutki dla ujawniającego?
To co napisałem powyżej jest spojrzeniem na to zdarzenie z punktu widzenia polityka i żurnalisty.
Ja wolę posługiwać się inną metaforą. Ujawnienie prawdy o Smoleńsku porównałbym do pytania o to czy powiedzieć pacjentowi (społeczeństwu) o trapiącej go ciężkiej chorobie (powiedzmy, że jest nią czerwonka), czy nie. Na naszym podwórku macherzy „Zrzeszeni wokół Platformy” mówią: „Podrzućmy choremu jakieś broszury, jak ma coś oleju w głowie, to się zorientuje, że lepiej w tym nie grzebać, tylko zdać się na lekarzy. A jak nie - niech sczeźnie. Im prędzej tym lepiej.” Natomiast ci „Zjednoczeni na Prawicy” prawią: „Nie ma sensu mówić choremu prawdy. Zacznie jeszcze wierzgać nogami i nas pokopie, albo co. Jasne, że trzeba go coś tam podratować, ale nie musi przecie mieć świadomości co się wokół niego wyprawia. Siostro! Narkoza!”

czwartek, 4 kwietnia 2019

Smoleńsk - stan lękowy elit

Wrócił temat trotylu w kontekście zamachu „smoleńskiego”. Chyba nikt nie wierzy, że stało się to przypadkowo właśnie teraz, na kilka dni przed dziewiątą rocznicą zbrodni. Ten remake ma prawdopodobnie sprawić wrażenie, że sprawa Smoleńska nie została zamieciona pod dywan. Dlaczego tak po macoszemu, od czasu dojścia PiS do władzy traktuje się ten temat? Jedna ze smoleńskich wdów - napisała w lutym tego roku, że jest to problem niewygodny politycznie i bardzo negatywnie przekładający się na słupki wyborcze. Czy jednak tylko z tego względu pojawi się on tylko na chwilę i na powrót zniknie w niebycie, aż do kolejnej, dziesiątej już rocznicy? Spróbuję na to pytanie odpowiedzieć za chwilę, Na razie jednak skorzystajmy z okazji i spójrzmy na tę pojawiającą się, jak efemeryda sprawę trotylu, przez pryzmat dwóch krótkich cytatów zamieszczonych na stronie „wPolityce”. Pierwszy z nich, to wypowiedź Witolda Waszczykowskiego z 27.03.19, który stwierdził: Ja bym chętnie widział pana Putina w Polsce, gdyby przyjechał on wraz z kilkoma wagonami sprzętu, który leży na lotnisku w Smoleńsku. 
Po co miałby targać ten złom? Oczywiście po to, aby można było go wreszcie rzetelnie zbadać (złom nie Putina), co oznacza, że w pierwszej kolejności należałoby poza wszelkimi wątpliwościami stwierdzić (czego  w warunkach rosyjskich nie sposób uczynić), czy są to aby na pewno elementy tego samolotu, którym leciała Delegacja, czy też nie. I drugi cytat z 24 marca:  (…) sensacyjne doniesienia z brytyjskiego laboratorium badającego szczątki wraku Tu-154M. (…) znaleziono ślady substancji używanych do produkcji materiałów wybuchowych. Jak się dowiadujemy, chodzi o trotyl (…).  
Podsumowując: nie wiadomo co badamy, ale jest na tym trotyl!  Byłoby to może dla mnie nawet śmieszne, gdyby nie wiązało się z narodową tragedią.  
Przyznam się, że jeszcze do niedawna poważnie zastanawiałem się, czy brak nowych informacji o wydarzeniach 10.04, oraz nieliczne zmanipulowane wiadomości rozpowszechniane w tej sprawie (choćby to: „chodzi o trotyl”), nie są efektem przemyślanej politycznej strategii, wynikającej - na przykład - z rzeczywistego zagrożenia konfliktem zbrojnym, do którego mogłoby dojść, gdyby w niewłaściwym momencie dziejowym, ujawnić rzeczywistego sprawcę zbrodni. 
Że wcale jednak nie musi to być „strategia”, wskazywać może wiele innych kwestii, które są medialnie i politycznie ukrywane. Są nimi m.in: ustawa S.447, sprawa księdza Jerzego, Jedwabne, wycofanie się z decyzji odesłania na emerytury niektórych sędziów Sądu Najwyższego, kwestia przyjmowania uchodźców, aneks do raportu WSI i jeszcze kilka innych tematów o których się albo nie mówi, albo mówi się o nich nieprawdę. Co wszystkie te sprawy mają ze sobą wspólnego? No, właśnie to, że są albo przemilczane albo zakłamywane. O czym, według mnie, może to świadczyć? O jednej z dwóch rzeczy. Albo o tym, że diagnoza społeczna - sporządzona przez rządzących - wskazuje, iż nasze społeczeństwo cierpi na ciężkie zaburzenia lękowe i powiedzenie mu prawdy, w jakiejkolwiek poważniejszej sprawie, mogłoby wywołać stan paniki i chaos w kraju, albo… 
Albo na poważne zaburzenia lękowe cierpią nasze elity polityczne.
W tym miejscu chciałbym zacytować jeden z lepszych poradników psychologicznych: Lęk nie zawsze jest zjawiskiem negatywnym. Jeśli zagrożenie rzeczywiście przewyższa nasze kompetencje, to mądrze jest się wycofać. Jeśli jednak często odczuwamy tę emocję w wielu różnych sytuacjach, to znaczy że mamy skłonność do przeceniania niebezpieczeństwa. (...) unikanie przynosi natychmiastową ulgę, jednak w dłuższej perspektywie nasila lęk. (…) Aby (w takim przypadku - RM) dobrze poradzić sobie z lękiem, musimy się z nim zmierzyć. Musimy zapanować nad własnymi reakcjami i sytuacjami, których się boimy. (za „Mind over Mood” Christine A. Padesky, oraz Denisa Greenbergera). Nie można przecież przyjmować "strategii unikania" wobec wszystkich ważniejszych spraw - jak to ma obecnie miejsce w Polsce.