niedziela, 15 września 2019

Po „nocnej zmianie” nastąpiła dobra. Daty graniczne dla kleszczy ograniczających nasz rozwój od 1587 roku to lata 2010 i 2015

Około 1994 roku, profesora humanistyki Kazimierza Ożoga, zafascynowała teoria fal Elliotta, za pomocą której można analizować trendy rynkowe. Zadał sobie pytanie - czy nie dałoby się jej zastosować do czegoś innego niż spółki? Na przykład do państw? Przecież każdy kraj przeżywa okresy wzlotów i upadków, ma swoje dni zwycięstw i klęsk. Choćby w Polsce, gdzie po okresach rozkwitu, rozwoju gospodarczego, kulturalnego i społecznego, jakie miały miejsca w w latach 966-1138, czy 1320-1587, przychodziły dni katastrof, rozbicia, konfliktów (1138-1320, 1587-1764).

Co z tej jego fascynacji wynikło? Badając trendy jakie miały miejsce w dziejach Polski, profesor w kwietniu 2004 roku doszedł do wniosku, że potencjalnie możliwe są dwie ścieżki (obydwie korzystne dla naszego państwa), i sformułował następujący wniosek: "Z całą pewnością Polska zakończyła cykl spadkowy i rozpoczyna cykl wzrostowy. Jednakże ze względu na wysoki stopnień fali spadkowej w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat należy oczekiwać raczej pewnej niestabilności i niepewności."

Profesor w czerwcu 2010 skorygował jednak swój wykres o dwa ważne wydarzenia, które nastąpiły już po 2004 roku. Były nimi śmierć Jana Pawła II, oraz wydarzenie z 10 kwietnia 2010 roku. Naukowiec uznał wówczas tę drugą datę za "punkt zwrotny" trendu spadkowego, trwającego według niego, z niewielkimi korektami, aż od 1587 roku. Sformułował też prognozę, że 2015 rok (a było to jeszcze przed wyborami 2010 i 2011, i tuż po 10 kwietnia!) będzie rokiem "kończącym cykl kryzysów i katastrof". Prognozował też, że w 2015 roku Polska nareszcie wyrwie się z ponad czterystuletnich "kleszczy ograniczających jej prawdziwy rozwój".

niedziela, 1 września 2019

Śledztwo smoleńskie jest jak koszmarny sen

Jednym z głównych zarzutów formułowanych przeciw PiS-owi przez jego przeciwników politycznych jest to, że politycy rządzącej partii wciąż tylko mówią o wielkich przestępstwach popełnionych przez ludzi „państwa teoretycznego”, a jakoś nikt z nich dotychczas nie został jeszcze skazany, nawet za te najbardziej wybujałe i ewidentne zbrodnie, związane z grabieżą majątku narodowego czy zdradą dyplomatyczną.

Można by próbować tłumaczyć to tym, że polskie sądy, nigdy nie zostały zdekomunizowane, a bez sprawiedliwego i bezstronnego wymiaru sprawiedliwości, prawomocnie nikogo skazać przecież nie sposób. Ale takie tłumaczenia dla przeciwników obecnej władzy wydają się być nie do przyjęcia.   

Na szczęście pewne rzeczy zilustrować można za pomocą konkretnych przykładów.
Być może nie jest to najlepszy, najbardziej sztandarowy z przypadków, opisujący zjawisko z jakimi mamy do czynienia, ale - moim zdaniem - widać na nim wyraźnie, choć w mikroskali, z jaką wielką, gumową ścianą wciąż przychodzi mierzyć się rządzącym. Chodzi mi o sprawę niemożności pełnego przesłuchania - wciąż jeszcze niedoszłego, smoleńskiego świadka - tłumaczki rozmów premierów: Donalda Tuska i Władymira Putina, w dniu 10 kwietnia 2010. 



Jak wiadomo śledztwo smoleńskie do dnia dzisiejszego nie zostało zamknięte, ani przez prokuraturę polską, ani przez rosyjską i wcale nie zanosi się na to, aby mogło się to stać w najbliższym czasie. Przecież przez prawie dziesięć lat nie sformułowano prawnie nawet tego, co się w owym dniu zdarzyło.

Winnym takiego stanu rzeczy jest fakt, że wbrew wcześniejszym umowom pomiędzy Rzeczpospolitą Polską, a Federacją Rosyjską, oraz niezgodnie z międzynarodową praktyką badawczą, z analizowania przyczyn tego zdarzenia, zostali wyłączeni biegli i eksperci z Polski, a wszystkie działania kontrolne i badawcze powierzono, w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, wyłącznie ludziom Putina.