środa, 1 maja 2019

Społeczne napięcie osiągnęło maksymalny poziom

Wydaje mi się, że nie tylko ja, ale chyba większość z nas, intuicyjnie odczuwa, iż napięcie w Polsce cały czas narasta. Czy jest to tylko wrażenie czy raczej zjawisko, które da się jakoś zmierzyć? A jeśli da się go wyliczyć, to jaki może być jego poziom krytyczny - pułap powyżej którego grozić może, na przykład, wybuch społeczny? Zastanawiam się też nad tym - skąd się to napięcie w ogóle wzięło – jakie było jego źródło? O ile jakieś źródło w ogóle było.
Tropiąc odpowiedzi na te pytania, dotarłem do miejsc, w których musiałem zastanowić się nad swymi reakcjami, oraz dokładnie przeanalizować swoje emocje. Ponieważ konflikt polega głównie na niezgodzie, to chciałbym również Ciebie Czytelniku prosić, abyś czytając ten tekst, zaznaczył te fragmenty mojego komentarza, z którymi się nie zgadzasz.

Poszukiwania rozpocząłem od ostatniego z pytań – od próby zlokalizowania źródła społecznego napięcia. Postawiłem sobie taką roboczą tezę, że ma ono swój początek w wydarzeniach 10 kwietnia 2010. Ta hipoteza zaczęła się lęgnąć w mej głowie, gdy przeczytałem pewien artykuł z 2013 roku, zamieszczony w „Polityce” pióra Pawła Artymowicza (gorącego zwolennika tezy „katastroficznej” wydarzenia), który napisał tak: Jednak zamiast maleć, wokół katastrofy smoleńskiej narastają wątpliwości. (…) Ponad połowa zapytanych jest zdania, że katastrofa nie została należycie wyjaśniona (…). W społeczeństwie postępuje z wolna toksyczny podział, zatruwający życie publiczne i osobiste - podział, który wielu określa jako głębszy niż w czasie stanu wojennego w latach osiemdziesiątych. Wydaje się, że podział ten utrzyma się bardzo długo. („Analiza dźwiękowa smoleńskiej katastrofy” 03.04.2013 i )

Byłem zdumiony, jak to jego przeczucie jest zbliżone do tego co sam myślę w tej kwestii. W Dzienniku Bałtyckim natrafiłem zaś na pochodzący z tego samego 2013 roku artykuł, noszący tytuł: Konflikty społeczne w Polsce. Czy jest aż tak źle? Stamtąd wynotowałem taki fragment:
Jeszcze w połowie lat 90. XX wieku co drugi rodak, ankietowany przez CBOS twierdził, że w Polsce nie ma konfliktów społecznych. Dziś odsetek "optymistów" zmalał do 17 proc. Większość - niezależnie od poglądów politycznych i zainteresowania sprawami publicznymi - jest przekonana, że krajem targają społeczne konflikty. To najwyższy wynik w historii badań, przeprowadzanych przez CBOS. Co się z nami przez dwie dekady stało? ii
W artykule tym, przywołany jest też przykład „Smoleńska”.
- Od kilku lat nie mogę równocześnie zapraszać na rodzinne uroczystości cioci Ewy i kuzyna Pawła - mówi gdańska lekarka - Koszmarnie się kłócą na tematy polityczne, Ewa wyzwała Pawła od idiotów, a on oskarżył ją, że wspiera morderców. Z nostalgią wspominam czasy, gdy dyskutowaliśmy o dzieciach, chorobach. Może to małe pocieszenie, ale inni mają jeszcze gorzej - przyjaciółka przestała chodzić na Wigilię do rodziców, by nie spotkać tam brata. Poszło o Smoleńsk
 
W swojej naiwności i trochę zarozumialstwie, wydawało mi się, że nie tylko znalazłem dowód na istnienie trendu (pogłębiania się w społeczeństwie konfliktu), ale i potwierdzenie jego przyczyny. Zaciekawiony jednak informacją o badaniach CBOS, postanowiłem odszukać sondaże traktujące o tym jak Polacy oceniają poziom własnego skonfliktowania, w dłuższej przestrzeni czasowej.
Nie było to wcale proste, bo raporty Centrum są odpłatne i często mają mylące tytuły. W końcu jednak udało mi się ustalić iii, że w latach 1987-1988 (a więc jeszcze przed okrągłym stołem) na istnienie konfliktów społecznych wskazywało 48 proc. ankietowanych. W 1994 r. było to 54 procent badanej populacji, a zaledwie dwa lata później – bo w 1996 r oceniało tak już 66 procent respondentów. Następne dane mam właśnie za rok 2013. Tu aż 73 procent badanych wyraża swoje przekonanie, że w Polsce występują konflikty społeczne, a tylko 17 procent twierdzi, że takowych nie ma. To są właśnie te badania, o których pisze „Dziennik Bałtycki” nazywając je „najwyższym wynikiem”. Tyle, że nie jest on najwyższy. Był. Jest bowiem jeszcze badanie, z 2017 (160/2017) roku iv. Daje się z niego jednak ustalić, że aż 90 procent badanych uważa że targają nami konflikty, ale już tylko 2 procent sądzi, że nie jesteśmy podzieleni i skonfliktowani. Mielibyśmy więc tutaj jednak trwały, wzrostowy trend w odczuwaniu napięcia, postępujący z 48 do aż 90 procent, w ciągu ostatnich 30 lat. Jednym słowem – podwojenie. Podwojenie odczuwania, a więc i rzeczywistego doznawania konfliktów społecznych. 
 
Chociaż okazało się więc, że moja intuicja, co do wznoszącego się trendu skonfliktowania naszego społeczeństwa mnie nie oszukała, to jednak wszystko wskazuje na to, że wcale nie Smoleńsk był jego zarzewiem. Trend wznoszący trwa cały czas, od 1989. A wcześniej? Nie wiem, ale wydaje mi się, że wtedy dominował inny antagonizm społeczeństwo – władza. Rządzący próbowali go wprawdzie wówczas przekierowywać, a to na „badylarzy”, „prywaciarzy”,  a to na „ekstremę” czy górników; albo też konfliktować robotników z inteligencją, ale nie bardzo im się to udawało. Czy rok 1989 stał się zatem pierwszym rokiem, w którym władzy udało się przenieść ten konflikt ze skierowanego ostrzem w nią, na skierowany do środka?  

Od ostatniego znanego mi sondażu dotyczącego społecznego skonfliktowania minęło półtora roku, ale jestem gotów dać konia z rzędem temu, kto udowodni, że poziom napięcia od tego czasu się nie podniósł. Przypomnę tylko ostatni strajk nauczycieli i falę negatywnych emocji, jaką wywołał i wciąż jeszcze wywołuje. I choć nie znalazłem, na temat poziomu odczuwania napięcia społecznego nic, co nosiłoby datę kończącą się cyfrą 2019, to przecież temu problemowi poświęca uwagę cała tegoroczna, marcowa Konferencja Episkopatu Polski.
Rywalizacja polityczna dawno przekroczyła granice demokratycznych polemik pomiędzy zwolennikami różnych wizji rozwoju ojczyzny (…) O ile na scenie politycznej traktowana jest ona – przynajmniej przez część aktorów – jako specyficzny polityczny spektakl, o tyle trafiając za pośrednictwem mediów do rodzinnych domów, miejsc pracy czy sąsiedzkich wspólnot, wywołuje autentyczny niepokój i często trwałe, bolesne podziały (...) Rodzi konflikty, które (…) mogą prowadzić do deprecjonowania podzielanych autorytetów, doświadczeń historycznych czy dorobku kulturowego – tworzących fundament narodowej wspólnoty. (List przyjęty na 382. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski ,Warszawa, 14 marca 2019 i

Ten fragment listu skierował moją uwagę na pewne zjawisko: lekkość i prędkość z jaką przenoszą się spory polityczne z obozu władzy na dół, do społeczeństwa. Jak gdyby działo się to za sprawą niewidzialnej przekładni. A właściwie całkowicie widzialnej, bo są nią przecież media. Ciekawe jest natomiast to, że tak łatwo i bez oporu przyjmujemy za własne te problemy, które się nam przedstawia jako istotne dla nas. Nasze niegdysiejsze dyskusje o „dzieciach i o chorobach” dziś o wiele szybciej i bardziej płynnie niż kiedyś, zastępujemy przez tematy nagłaśniane (w tym bardzo często tylko wykreowane) przez media. Żyjemy w o wiele większym niż kiedyś stopniu sprawami społecznymi (a właściwie medialnymi), a w coraz mniejszym prywatnymi. Czy to dobrze, czy źle? To zależy od tego w jaki sposób to robimy. Trzeba bowiem pamiętać o tym, że podejmowane w naszych rodzinnych domach tematy „społeczne” niosą też ze sobą towarzyszące im „medialne” emocje, które nie zawsze przecież są prawdziwe (mówię tu o tym „specyficznym politycznym spektaklu”o którym pisze KEP), a u nas wywołują jednak zwykle intensywne i rzeczywiste uczucia. Ale znam i takich, którzy nie potrafią i nie chcą rozmawiać już o niczym innym, jak tylko o polityce. Są na jej punkcie zupełnie zafiksowani, zachowując się tak jak gdyby politycy – których zwykle osobiście nie znają - byli ważnymi członkami ich rodzin, a tematy medialne – na które nie mają wpływu - istotą ich życia. To na pewno nie jest dobre zjawisko. Stajemy się przez to po trosze jak zombie, a po części jak żołnierze konkretnej partii, czy ideologii. Przyjmujemy tylko te argumenty, które dyktują dowódcy i trybuni, pochodzący z naszego obozu, nabijamy sobie te ich hasła na drzewca i pod tymi sztandarami szturmujemy okopy wroga. Dziś znajdujemy się na tym etapie bitwy, gdy każda ze stron wypuszcza harcowników, aby osłabić morale przeciwnika, a strona druga podejmuje rękawicę.

Za moment powstania dwóch wyraźnych, a zwalczających się obozów (czyli momentu, w którym zaczęły się nie tylko na wielką skalę, ale i dużo szybciej przenosić emocje na społeczeństwo), wskazałbym tu (a jednak) 10.04.10. Uważam, że było to powszechnie i bardzo mocno przez większość z nas przeżyte zdarzenie. I nie mówię tu tylko o samej tragedii, ale również o tym, co działo się bezpośrednio po niej. Odczuliśmy ją bardzo osobiście, mimo, (a może właśnie dlatego) że śledziliśmy ją głównie za pośrednictwem mediów. Poczuliśmy się wówczas przez chwilę, bliskimi ofiar. Prawie wszyscy staliśmy się, choćby na krótką chwilę, rodziną pasażerów tragicznego lotu do Smoleńska. A potem albo już nią pozostaliśmy, albo stanęliśmy „w obronie” tych, którzy przerazili się, że spadnie na nich odpowiedzialność za to zdarzenie. W wielkim uproszczeniu - część z nas stanęła za ofiarami i ich bliskimi, a pozostali za tymi - których ich zdaniem - niesłusznie oskarżano o współsprawstwo. I jedną i drugą częścią społeczeństwa powodowały, w przeważającej części, szlachetne intencje, które jednak ostatecznie stały się zarzewiem podziału. Co zostało przez polityków obu stron skwapliwie wykorzystane i wzmocnione.
A ponieważ - zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku - to klasa polityczna stała się, lub mogła stać się (według ich sympatyków) ofiarami, dlatego połączyła nas wówczas z politykami mocniejsza więź emocjonalna. Zaczęliśmy bardziej emocjonalnie postrzegać rzeczywistość polityczną. Mieć do niej mniejszy dystans. I tym samym staliśmy się w większym niż wcześniej stopniu homo politicus. I nie są to wcale jakieś moje imaginacje. Tak się bowiem przypadkiem zdarzyło, że badania opinii na temat „w jakim kierunku zmierzają sprawy w Polsce” (zrobione przez TNS-OBOP, teraz robi je KANTAR) rozpoczęto 8 i zakończono 14 kwietnia 2010. Otóż „przed Smoleńskiem” (8-9 IV) opinie na temat biegu spraw w Polsce były na podobnym poziomie co w marcu 2010, kiedy to 60 procent respondentów uważało, że sprawy idą w złym, a 27 procent, że w dobrym kierunku. Sobota i niedziela (10-11 IV) nie przyniosły zmian (59 proc w złym, 26 w dobrym). Natomiast niezwykle dużą różnicę w ocenach badanych odnotowano już po tragicznym zdarzeniu (12-14 IV). W porównaniu do wyników z weekendu – aż o 16 punktów procentowych wzrósł udział ankietowanych, zdaniem których sprawy w Polsce zmierzają w dobrym kierunku (do 42 procent), a jednocześnie o 23 punkty (do 36 %) zmalał odsetek respondentów, którzy krytycznie wypowiadali się o kierunku zmian w kraju. Wskazuje to, że nastąpiła w tych dniach bardzo mocna konsolidacja społeczeństwa – zwiększyła się empatia, umocniło współczucie, mieliśmy w tym okresie większe poczucie wspólnoty. Wszystko to potem, między innymi za sprawą braku przełomu w wyjaśnieniu sprawy właśnie, tak istotnej dla samoświadomości narodu, okazać się miało ostrzem, które mocno nas podzieliło (miejmy nadzieję, że nie ostatecznie). Piszę „między innymi”, gdyż jak wspomniałem ten podział (jeśli nawet go nie sprowokowali, to na pewno) wzmocnili i wykorzystali nasi politycy.
W maju 2010 nadzieja na nową „Solidarność” (powstała nawet „Solidarność 2010”) utrzymała się jeszcze na względnie wysokim poziomie. 43% Polaków uważało, że będzie gorzej, ale aż 35%, że idzie ku lepszemu. Jednak w ciągu roku optymistów ubywało, za to przybywało pesymistów. I już po roku, w kwietniu 2011, aż 70% twierdziło, że będzie tylko gorzej, a że będzie lepiej wierzyło zaledwie 20% (a były przecież po drodze wybory prezydenckie, a wybory zwykle budzą większą nadzieję). Moim zdaniem był to głównie rezultat tego „toksycznego narastania wątpliwości wokół” kwestii smoleńskiej.

Wracając jednak do początkowych pytań, które sobie postawiłem – mielibyśmy tu dwa ważne współczynniki – jeden dotyczący poczucia konfliktu społecznego, drugi poziomu społecznej nadziei (optymizmu/pesymizmu). Obserwując wzajemny układ obydwu z nich, na przestrzeni lat, postawiłbym tezę, że kryzysy i wybuchy społeczne da się przewidzieć. Pojawiają się one – moim zdaniem wówczas – gdy poziom doświadczania i przeżywania konfliktu jest wysoki, a równocześnie rośnie wskaźnik społecznego pesymizmu. Być może jest jeszcze jakiś trzeci, a może nawet czwarty i piąty czynnik. Trzeba pamiętać, że Polska nie jest układem zamkniętym i to co dzieje się na świecie i w Europie (np. zwiększona świadomość ruchów prawicowych przy wzmożonej aktywności prądów lewackich) też nie jest bez wpływu na to co dzieje się u nas. Wszystkimi tymi czynnikami, niemal na pewno, rządzi jakiś algorytm, określający poziom wystąpienia erupcji, która musi przecież w końcu rozładować każde, przekraczające krytyczny pułap napięcie. Napięcie, które – moim zdaniem – w bardzo dużej mierze, opisują te dwa opisane przeze mnie wskaźniki.

Ciekawe, że w miesiącu kwietniu A.D 2019 – 43 procent z nas uważało, że sprawy kraju idą w złym, a 35, że w dobrym kierunku – dokładnie jak w maju 2010. Ale to, wskazywałoby też, że żółta linia (będąca sumą negatywnych czynników) na wykresie poniżej, teraz znów (maj 2019) zapewnie zbliżyła się (jeśli nie przekroczyła!) do maksymalnego dla niej poziomu wynoszącego 150 punktów. 
 


Czy grozi nam w związku z tym jakiś społeczny wybuch? Trudno powiedzieć. Prawdopodobnie odpowiedź na to pytanie można by udzielić mierząc dodatkowo poziom społecznej agresji i frustracji, ale takich badań nigdzie nie znalazłem (jeśli w ogóle ktoś to mierzy).
W każdym razie na pewno można (i należałoby) narastaniu konfliktu i wzrostowi pesymizmu jakoś przeciwdziałać. Jak? Zacznę może od tego co widzę przed sobą - recepty, która już powstała. Od jednego zdania z listu Konferencji Episkopatu Polski.
Warunkiem złagodzenia bolesnych nieraz podziałów i odbudowy pojednanej wspólnoty narodowej jest odkrycie na nowo doświadczenia społecznej solidarności.
Uwaga ta, na pierwszy rzut oka, wydaje się być bardzo racjonalna, ale – moim zdaniem – jest zbyt ogólna. Jak bowiem do tej „nowej Solidarności” doprowadzić? Działaniem i przykładem płynącym „z góry”? To raczej niemożliwe. Przy tak mocnej licytacji politycznych racji, jakikolwiek głos rozsądku - który się tam, na szczytach, od czasu do czasu jednak odzywa – ginie od razu w bitewnej wrzawie. W grze są coraz mocniejsze karty, coraz wyższa wydaje się być też stawka tej gry. Ci stopniowo - od 2015 - odsuwani od władzy, wymyślają coraz to ostrzejsze metody, które umożliwiły by im powrót na utracone pozycje. Rządzący nie odpuszczają także – w końcu to oni posiadają prawomocny mandat wyborców. W tej sytuacji przypomina mi się coraz częściej – wałkowana na szkoleniu wojskowym definicja Clausewitza, że „wojna jest kontynuacją polityki za pomocą innych środków”. Mam wrażenie, że tych „innych środków” jest (i może być) w użyciu coraz więcej.
Nie byłoby więc wyjścia z tej sytuacji?

Episkopat, oprócz apelu o solidarność, zwraca też uwagę na znaczenie języka, jakiego używa się w debatach publicznych. Język ten – piszą biskupi w liście - jest zbyt mocno zabarwiony emocjonalnie i pełen uproszczeń.
Ja uważam, że jednak nie do końca tylko o sam język politycznych debat tu chodzi. Przecież prawie nie mamy na niego wpływu, bo na szczęście nie jesteśmy (w przeważającej części) ani politykami, ani publicystami.
Ale też nie musimy nimi być, aby to co się dzieje zmienić. Przecież pierwsza „Solidarność” powstała oddolnie. Chodzi mi po prostu o to, że nie sam język stanowi problem, ale o to, że niektóre z tematów, są w naszych prywatnych rozmowach, całkowicie niepotrzebnie podnoszone. Co to zmieni, gdy będziemy się w domach kłócić o gender, imigrantów, sądy, żołnierzy wyklętych, czy jakiekolwiek inne tematy „medialne”? Poruszone zostaną tylko niepotrzebne pokłady emocji, która nie znajdzie ujścia w działaniu. Będzie nas to niszczyć od środka. Krążyć we krwi, zatruwając organizm. Chyba, że potrafimy o tym rozmawiać bez emocji, z dystansem i chłodną analizą. Ale jak już wspomniałem, o takie spokojne i merytoryczne dyskusje po Smoleńsku – ciężko.

Jeśli dotarłeś Czytelniku do tego miejsca, to chciałbym Ci pogratulować. Oznacza to, że jesteś osobą, która stara się panować nad emocjami i potrafi docenić, kiedy ktoś stara się być obiektywny, nawet jeśli trochę przy tym zanudza. A to – moim zdaniem - świadczy też o Twojej samodzielności myślenia. Poza gratulacjami chciałbym Cię jednak zapytać, czy zaznaczyłeś któryś z fragmentów mojego wywodu? Z miłą chęcią przedyskutuję to z Tobą w komentarzach. Ale rzuć na niego jeszcze raz okiem. Czy mógłbyś zauważyć czego on dotyczy i jakie emocje w Tobie wywołuje? Czy jest niezgodą na moją ocenę społeczno-polityczną czegoś (na przykład na określenia typu „mandat wyborczy”; „Episkopat” lub analizę listu KEP; „ruchy lewackie” etc.), czy rzeczową. Jeśli to pierwsze, to niestety Ty, w pierwszej kolejności, musisz się zastanowić nad swymi reakcjami. Ale jeśli chodzi o sprawy merytoryczne – możesz mieć rację.
Ja obserwując siebie podczas pisania tego artykułu, dostrzegłem, że bardzo szybko i łatwo daję się ponieść emocjom. Zwłaszcza negatywnym. Przez cały czas starałem pisać tak, aby nie uprzedzać do nikogo, i napisać najbardziej obiektywny tekst na jaki mnie stać. Nie udało mi się to za pierwszym razem, dlatego musiałem poddać go kilkukrotnej korekcie. Teraz jestem z niego zadowolony. Bo czuję, że o to właśnie chodzi – nie uprzedzać się z góry do nikogo. Będę starał się to już na stałe wprowadzać w swoje życie i podczas dyskusji nie nastawiać z góry do nikogo źle, oraz nie brać pod uwagę tych jego opinii, które są zabarwione polityczne.  
Na tym jednak nie poprzestanę. Spróbuję wprowadzić zmiany u siebie w domu, poprzez walkę ze szklanym domownikiem. Tym, który przez cały dzień gada gdzieś w tle, podrzucając tematy nas bezpośrednio nie dotyczące i wtrącając się do naszego rodzinnego życia, cały czas prowokując do ripost (niekoniecznie artykułowanych), których sam przecież nie wysłucha.
W zamian może przeczytam sobie za to zapomniany już dramat Ionesco „Nosorożec”. Dla mnie to jest tekst o sile dobrowolnego zrzeczenia się własnego myślenia na rzecz myślenia zbiorowego, zawieszenie swojej indywidualności. Człowiek współczesny swój światopogląd opiera na przekazie mediów. Dodajmy, często mediów głupich, plotkarskich, opisujących świat pobieżnie. Co więcej, mechanizmy rynkowe chcą nas zmienić w niezaspokojoną masę konsumentów. Dziś to zagrożenie jest perfidne, bo nie jest związane z żadnym przymusem totalitarnym, ideologią czy filozofią. Ten proces dzieje na zasadzie łagodnej (?! -RM) perswazji, która przyjmujemy, często nieświadomie. (…) Być może lepiej jest nie myśleć, poddać się wszystkiemu? Bycie nosorożcem może być kuszące. Tak mówił Artur Tyszkiewicz, reżyser tej sztuki w Teatrze Dramatycznym, w 2013 roku.  
Próbuję też, w gronie rodzinnym, sprowadzać rozmowy na tematy dotyczące tego, na co wspólnie mamy wpływ. Na przykład o„wychowaniu dzieci i o chorobach” – jeśli to właśnie nas dzisiaj będzie trapić albo cieszyć. Poruszać głównie sprawy, które są związane z naszym życiem. A jeśli już dam się ponieść politycznym emocjom – będę starał uświadomić sobie, co odczuwam. Zauważyłem bowiem, że już samo uświadomienie sobie tego co się odczuwa, daje bardzo dużo. To jest takie złapanie się za rękę, podczas rodzenia się odczucia nienawiści i agresji, na przykład. Nie mówię też wcale, że trzeba zupełnie odciąć się od polityki. Będę nadal słuchał, co w interesujących mnie sprawach (na przykład w przypadku „dzieci i chorób” - co o edukacji i służbie zdrowia) mają do powiedzenia ci, którzy chcą reprezentować mnie w Sejmie, tyle że nie będę się tym ekscytował, ani nakręcał. Obiecuję (sobie), że będę dokładnie obserwował aktorów politycznego show. Nie chcę prowadzić z nimi bezsensownej, wirtualnej wojny. Gdy próbuję to robić, ostrze zawsze odwraca się wówczas i godzi w moją pierś. Kiedy bowiem wydaje mi się, że walczę z nimi, to tak naprawdę walczę z samym sobą, biję się z myślami, albo kłócę z kimś kogo akurat mam pod ręką. Zwykle z kimś bliskim, na kim mi zależy. Najlepiej w ogóle nie nastawiać się na konflikt. Mówić do siebie: „nie walcz ze sobą” (Czy te słowa Cię drażnią Czytelniku?).
Dziś, najważniejsze dla mnie jest, starać się uświadamiać sobie, jakie emocje i kiedy odczuwam, oraz próbować zauważać te sytuacje, w których odlatuję w krainę abstrakcyjnych dyskusji. To pozwala mi szybko wracać na ziemię.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz