wtorek, 14 maja 2019

Patrzmy jak się gryzą i zacierajmy łapki, czyli o pandemii wścieklizny polskiej

Można próbować żyć z dala od polityki. Ale ona i tak wedrze się do naszego życia jak woda do dziurawej szalupy. Oto idę na spacer z psem i nagle przed moimi oczyma wykwita rumiana twarz na plakacie. Nie jest to bynajmniej bajkowy "chłopiec z plakatu", ale zupełnie dorosły osobnik, sygnowany znakiem ugrupowania, pod którego barwami wstępuje w wyborcze szranki. W tym momencie łapię się na tym, że kipi we mnie gniew. Mam ochotę, ten baner z którego patrzy na mnie uśmiechnięta, zadowolona z siebie fizjonomia, porwać na strzępy. I choć nie wykonuję żadnego ruchu - nie wybucham szaleńczym gniewem, nie miotam stekiem wyzwisk, ba, nawet nie zamruczę niczego do siebie pod nosem, bo ta złość tylko sobie kipi we mnie, niewidocznie i cicho, jak w szybkowarze - to ten mój, z natury spokojny pies, nagle zaczyna wściekle szczekać. To potulne bydle, które ucieka na widok pająka, i przymila do każdego pijaka napotkanego po drodze, rzuca się nagle z obłąkańczym ujadaniem w kierunku tej dufnej twarzy z plakatu. Zapiera się przy tym nogami tak, że tylko z trudem udaje mi się go od niej odciągnąć.
Czy to jakiś zupełnie odosobniony przypadek, czy też to może ta moja agresja, co we mnie buzuje, przeniosły się na Bogu ducha winne zwierzę? Nie wiem jak jest z przenoszeniem emocji z właścicieli na ich psy, ale pomiędzy ludźmi ta reakcja przechodzenia zachodzi na pewno. Czy nie znamy z autopsji napięcia, które panuje w poczekalni u dentysty, które udziela nam się nawet wtedy, gdy przychodzimy tam tylko w charakterze asysty pacjenta? Albo to inne, kiedy stoimy w kolejce po jakiś deficytowy towar, którego za chwilę może dla nas braknąć. Przenosimy na siebie nawzajem emocje, choćbyśmy sobie nawet założyli maseczki na twarz. Nieważne jakie - te greckie, komediowe i te aseptyczne, czy nawet kosmetyczne. I choćby nawet ktoś się zaklinał, że czyjeś emocje się go nie imają i żyje sobie oto błogo, we własnym sosie, jak pierożek oblany masełkiem, z dala od wszelakich konfliktów, to ja mu po prostu nie wierzę. Wszystkich nas ta franca-przypadłość dotyka, w większym lub mniejszym stopniu. Więc choćby ktoś, nie wiem nawet jak bardzo, deklarował, że trzyma się z dala od polityki - ta i tak go dopadnie. Razem z polityczną złością. Co tu dużo mówić i owijać w stare onuce... Mamy w Polsce epidemię! Może nie wszyscy przechodzimy ją ciężko i z powikłaniami, ale dotyka ona przecież każdego.


Różni się ona od innych epidemii tym, że na przykład, taka grypa, odra, czy inna cholera przenosi się zwykle poprzez jakąś formę kontaktu człowieka z człowiekiem. Tymczasem w przypadku politycznej złości jest inaczej. Rozprzestrzenia się nie tylko poprzez bezpośredni kontakty ludzi ze sobą, ale niestety również poprzez obraz i dźwięk. Przez media, na przykład. Śpieszę przy tym dodać, że porównanie tej zarazy z chorobami, które przed chwilą wymieniłem jest jak najbardziej na miejscu, bo tak jak i tamte, ten pomór również może, choć nie musi, być śmiertelny. Wszystkie wojny, rewolucje, czy przewroty rodziły się przecież z politycznej niechęci, która zamieniała się po jakimś czasie w polityczną nienawiść. Dlatego sądzę, że nie należy jej bagatelizować. Tym bardziej, że "w Polsce podatność na prowokacje, jest najwyższa na świecie" jak napisała moja znajoma z Kanady. (Prowokacją dla wielu osób może być już, na przykład, samo moje nazwisko.)
Najlepiej oczywiście byłoby tę polityczną niechęć stłumić w zarodku. Wywieźć te wszystkie monitory, głośniki, nadajniki na jakiś złom i sprasować w kostkę. Bylibyśmy zdrowsi. Tylko czy coś to da? I tak, epidemia szerzyć się będzie dalej poprzez billboardy, ulotki, czy choćby przez tą panią w aptece, która z niewiadomego powodu nagle wcisnęła się w kolejkę, tuż przede mną, rzucając pod moim adresem - na grzeczną uwagę "tu jest kolejka" - nienawistne spojrzenie i jakieś przekleństwo okraszone politycznym epitetem, wymruczane zjadliwie pod nosem. Żeby jeszcze stała po lekarstwo na agresję, to ani bym się odezwał.
O, gdyby tylko takie leki były!
Skoro jednak nie da się zlikwidować ani telewizji, ani internetu, ani nawet tej pani w aptece, czy tego pana, który widząc mój znaczek wpięty w klapę postukał się znacząco palcem w czoło, to może dobrze byłoby skupić się na źródle infekcji? Na tej krynicy zamętu, stojącej za wszystkimi tymi telewizyjnymi, czy internetowymi spektaklami nienawiści, za propagandowymi machinacjami, indoktrynacjami i przebiegłymi trickami, które mają w nas wywołać polityczną złość. Rodzi się jednak zaraz pytanie – jak? Jak rozróżnić inspiratora od zainspirowanego, rozsiewacza zarazy od zadżumionego, mocodawcę od zleceniobiorcy. Kto jest Kubusiem Rozpylaczem tej pandemii, a kto podskakującym u jego boku jak Sancho Pansa – roznośnikiem?
I bądź tu mądry. Chyba jednak nie odważę się wskazać inspiratora. Nie chciałbym się pomylić. Zbyt wielu ich bowiem widzę.
Czyżby zatem ostatnim, i jedynym, ratunkiem przeciwko tej zarazie miała okazać się profilaktyka?
Gdy w pewnym momencie, oglądając jakiś polityczny lub społeczny program, albo rozmawiając z kimś na podobne powyższym tematy, poczujemy że ogarnia nas złość, agresja, nienawiść, gniew, albo inne podobne tym uczucie, objawiające się (u mnie na przykład) bólem stawów i napięciem mięśni szczęki - to sygnał, że jesteśmy oto infekowani.
Jest jednak na tę zarazę sposób, rodem iście z chińskiej medycyny ludowej. Prosty jak budowa średniowiecznego cepa. Trzeba po prostu złapać moment rodzenia się w nas złej emocji. W momencie gdy nas ona zaczyna dotykać swym "złym dotykiem", ewentualnie tuż potem. Nie dać jej się rozplenić. Rozświetlić ją, z zaskoczenia, reflektorem świadomości. Tyle tylko. To już koniec. Cała recepta.  
Co bowiem robić jeśli wzbudził ją w nas człowiek zainfekowany polityczną niechęcią? Nie uzdrowi go przecież, żadną miarą, nasza najwykwintniejsza i najbardziej przekonywująca perora, ani nasz najświętszy gniew. Wręcz odwrotnie – jego choroba jeszcze bardziej się umocni, a nasz organizm – w najlepszym przypadku – zostanie osłabiony, jeśli nie zainfekowany. Równie niezdrowe jest solidaryzowanie się z kimś w jego politycznej niechęci i czerpanie z tego sił. Skutek jest ten sam co powyżej. Lepiej dać sobie spokój i nie szarpać sobie - w obecności aktywnego zainfekowanego - nerwów.  
Ale jest przy tym łapaniu się na agresji coś, co uzdrawia i uodparnia! Otóż najlepiej się poczujemy, gdy złapiemy na gorącym uczynku, nie owego szarżującego zainfekowanego, ale siewcę całego tego zamętu – bezpośredniego infektora. Tego, który nie przenosi, ale świadomie, z zimnym wyrachowaniem, chce wywołać w nas określone emocje: rozdrażnić, zezłościć, rozjuszyć, rozjątrzyć, rozwścieczyć, napełnić nienawiścią... albo przerażeniem. Jednym słowem – r o z s t r o i ć nas.
Wówczas jedno krótkie, a naiwne pytanie, zadane samemu sobie, nas uzdrowi i wzmocni na przyszłość.
Brzmi ono – po co on to robi? Tylko tyle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz