czwartek, 30 maja 2019

Jaka jest alternatywa dla polityki PiS?

Czy żyjąc w czasach, w których nie jesteśmy w stanie przewidzieć skutków, jakie przyniesie ze sobą próba sił światowych mocarzy, nie jest nam, najbardziej ze wszystkiego, konieczny patronat ze strony jakiejś potęgi gospodarczej i militarnej? Szczególnie dotyczy to Polski - kraju leżącemu w newralgicznym geopolitycznie miejscu. Takie przymierze – moim zdaniem - jest warunkiem koniecznym, jeśli chcemy w miarę bezpiecznie żyć, w suwerennym, a przy tym również rozwijającym się państwie. Sama obecność Polski w NATO, czy Unii Europejskiej okazała się bowiem - jak to wykazały wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku (zamknięte jak klamrą, złowieszczymi słowami: "państwo zdało egzamin") - niewystarczająca do samodzielnego i równocześnie sprawnego funkcjonowania naszej ojczyzny.  


Oczywiście, istnieją dla tej idei pozyskania mocarstwowego alianta, również (widzę dwie) alternatywy. Pierwszą z nich jest koncepcja całkowitego roztopienia się Polski w wielkiej cysternie jaką jest Unia Europejska. Moim zdaniem to ryzykowny projekt, gdyż nie tylko nie wiemy jaki w przyszłości Unia będzie mieć kształt, ale też - jak długo będzie istnieć. Czy, jeśli doszło by do „pełnej fuzji” krajów członkowskich, nie rozpadnie się ona, po próbach tworzenia wspólnej gospodarki, polityki wewnętrznej i zagranicznej - podobnie jak Czechosłowacja lub Jugosławia – z powrótem - na małe państwa narodowe. Wiadomo przecież, że zarówno światowe trendy, jak i ludzkie uczucia są zmienne.
Lecz nawet jeśli, po udanym zjednoczeniu, Unia się nie rozpadnie, to rodzi się inne pytanie - kto będzie w niej rządził? Najprawdopodobniej gdyby teraz doszło do stworzenia jednego Paneuropejskiego państwa – nie tylko ze wspólnym parlamentem, ale również rządem, policją, oraz siłami zbrojnymi - to rolę jego zarządców i włodarzy przejęli by głównie Niemcy i Francuzi, z małym udziałem przychylnych im osób z innych nacji (w rodzaju Donalda Tuska). Te dwa państwa grają bowiem pierwsze skrzypce w całym tym związku. I to właśnie one, zasadniczo, decydują o kształcie i kierunku w którym „wspólna Europa” podąża. Mało też wydaje się być prawdopodobne, aby kierownicza rola Niemiec, przy wsparciu Francji, została (przynajmniej w najbliższym czasie) zakwestionowana. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że zacieśnianiu się unijnych więzi towarzyszy wzrost siły politycznej obu "lokomotyw". W sumie więc, jeśli ślepo i entuzjastycznie (bez przedyskutowania na nowo kwestii przywództwa) wybierzemy tę drogę, to trzeba być też przygotowanym, że rządy w Polsce sprawować może Berlin (przy ograniczonej - i skierowanej bardziej na pokaz dla ludności - autonomii marionetkowego rządu narodowego).

Pamiętamy przecież jak wyglądała sytuacja, gdy byliśmy pod butem Moskwy i wiemy, że nie było to dla Polski dobre – ani gospodarczo, ani politycznie. Dowodem na to, że tak właśnie stać się może, gdy przekażemy większość władzy państwowej instytucjom unijnym, jest fakt, że już dziś tak zwana „Bruksela” reprezentuje głównie interesy Niemiec, a nie Europy jako całości, o dobru innych państw (poza Francją oczywiście) nie wspominając.

Tej idei, którą powyżej opisałem, i temu scenariuszowi dla Polski - czyli bezrefleksyjnemu roztopieniu się w Unii, patronują dziś w Polsce partie zrzeszone w Koalicji Europejskiej. Komu taki kierunek polityki się podoba ma więc do wyboru całe spektrum ugrupowań - od PO po PSL, poprzez Nowoczesną i SLD plus Zieloni i Wiosna.

Jeśli natomiast idzie o drogę suwerenności i rozwoju, to trzeba by się temu przyjrzeć z dwóch stron. Jedną sprawą jest bezpieczeństwo militarne, drugim - gospodarcze, związane z rozwojem. To pierwsze jest oczywiście priorytetowe. I tu – moim zdaniem - samotnie nie jesteśmy w stanie przetrwać. W razie bezpośredniego, militarnego zagrożenia (a nie wiadomo jak sprawy na świecie się potoczą) gwarancję naszego fizycznego istnienia zapewnić może tylko potężny sprzymierzeniec. Takim kimś może być tylko któreś z supermocarstw. Jedna z czterech militarnych i gospodarczych potęg, na którą będzie można liczyć, w niebezpiecznych i trudnych czasach. Bo powinna być to rzeczywista potęga (a nie kolos na glinianych nogach - patrz: Anglia i Francja roku 1939), która dodatkowo jeszcze, widzieć będzie w sojuszu z nami swój interes. Jak już wspomniałem nie może być tą potęgą Unia Europejska, gdyż takie mocarstwo (biorąc pod uwagę choćby brak sił zbrojnych) nie istnieje. Mogłyby to być natomiast same Niemcy. Tyle tylko, że nie leży to w ich interesie. Celem rządzących w tym państwie zdaje się być bowiem właśnie, wspomniane przed chwilą "przewodnictwo" w Unii. Wspieraniem Polski - w jej dążeniu do suwerenności i wzmocnienia politycznego, oraz gospodarczego - nie mogą być więc, de facto, zainteresowani. Polska, będąc częścią wspólnego, europejskiego rynku (czyli wróblem w garści) nie jest obecnie dla Niemiec kimś, o kogo należało by szczególnie politycznie zabiegać (prędzej dyscyplinować go). Takim kimś, jest  dla nich natomiast kraj leżący na zewnątrz europejskiej, wspólnej gospodarki (zgodnie z zasadą "dobry wróbel w garści plus gołąb na dachu"), który posiada wielkie zaplecze surowcowe, oraz bezdenny głód technologii i towarów. Tym wymarzonym partnerem dla RFN jest oczywiście Rosja. Na nasze nieszczęście, obydwa te kraje, od wieków, uważały i uważają niepodległą Polskę za przeszkodę w "kooperacji" (rozumianej zarówno ściśle, jak i w znacznie szerszym znaczeniu - patrz rok 1772, 1793, 1795, 1939). Słowo "przeszkoda" również i współcześnie nie wydaje się być przenośnią. Dowodem na to, że obydwie te potęgi nadal nie chcą mieć pomiędzy sobą żadnej zawady, jest choćby nord-stream. Bardzo kosztowny gazociąg, którego jedynym zadaniem jest ominięcie Polski, Ukrainy i Białorusi, czyli wyłączenie tych państw ze wspólnych interesów gospodarczych. Poza tym, obydwa te mocarstwa, stosują poza nord-streamem, przeróżne inne metody, zmierzające do osłabiania nas politycznie i gospodarczo. Nie tylko poprzez politykę historyczną (oczerniania i ośmieszania w świecie), ale też przez marginalizowanie naszego znaczenia, czy próby (wysoce skuteczne) kształtowania naszej opinii społecznej za pomocą różnych narzędzi. Niemcom służy do tego celu znaczący udział w polskich mediach, opłacanie pracujących w nich dziennikarzy, nagradzanie przychylnych sobie polityków i ludzi kultury, oraz zatrudnianie agentów wpływu. Ale także i działanie za pomocą klasycznego wywiadu. Jednym słowem – moim zdaniem - kandydatura Niemiec, kraju który traktuje nas całkowicie przedmiotowo (bardziej jako przedmiot do przejęcia, niż partnera), na sojusznika Polski - pod względem militarnym - odpada całkowicie. 

Drugie – wspomniana przeze mnie, przy okazji poprzedniej kandydatury mocarstwo - Rosja, także nie wydaje się być najszczęśliwszym pretendentem na naszego sojusznika i protektora. Zwłaszcza jeśli chodzi o fizyczne bezpieczeństwo. Doświadczenia ostatnich lat takie jak agresja na Gruzję, czy Ukrainę uczą ponadto bardzo wyraźnie, że polityka Moskwy jest o wiele bardziej drapieżna i bezkompromisowa niż działania Niemiec. Jej pierwszym celem (etapem), wydaje się być dzisiaj, wyeliminowanie, opanowanie lub uzależnienie krajów buforowych, oraz wszystkich graniczących z "imperium północy". Z pomocą różnych środków – od gospodarczych, politycznych i propagandowych począwszy, na terrorystycznych i militarnych skończywszy. Dla Rosji zneutralizowanie (a w najlepszym razie zdominowanie) Polski, zdaje się, być też ważnym elementem polityki zagranicznej. Dlatego, choć Rosja, ze swym potężnym rynkiem wydaje się być dla nas wręcz wymarzonym partnerem gospodarczym, należy pamiętać, że dla kraju tego, każda rzecz jest, w pierwszym rzędzie jak oręż. Również handel. 

Kolejnym kandydatem na sprzymierzeńca i patrona, o sojusz z którym Polska mogła by się potencjalnie starać są Chiny. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to kraj idealny na koalicjanta – państwo rosnące w potęgę z siłą i dynamiką jakiej nie posiada obecnie żadne inne mocarstwo na świecie. Rzecz ma się tu jednak trochę podobnie jak z Rosją (według schematu: gospodarczo tak, militarnie - nie). I choć biznesowo byłby to chyba najlepszy z partnerów, to jak wprowadzić w życie sojusz militarny? Przede wszystkim - czym mógłby on się stać dla całej Europy? Jak odebrałyby to inne kraje regionu i jak by na niego zareagowały? To akurat nietrudno przewidzieć. Jednym słowem - już bez dłuższych dywagacji - koncepcja ta należy do tych w rodzaju ad absurdum. Nonsensowna, ale z zastrzeżeniem, że współpraca gospodarcza z Chińską Republiką Ludową powinna być  największa, jak tylko być może.

Co nam zatem pozostaje – poza stwierdzeniem, że sojusznika powinniśmy szukać, jak najbliżej. Jakie mocarstwo jest, poza Rosją i Niemcami obecne w Europie? Pozostaje jeden, ostatni kandydat. Są nim Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Wiadomo, że jest to obecnie, wciąż największe mocarstwo, kontrolujące swe interesy na całym świecie. To paradoksalnie wielki plus, gdyż pilnując swoich interesów, nie jest ono zainteresowane wzrostem żadnej innej światowej potęgi – w tym nie tylko Chin i Rosji, ale również Niemiec. I to właśnie z uwagi na te dwa ostatnie kraje – które dla nas są historycznym przekleństwem – terytorium Polski jako leżące pomiędzy nimi, dla USA może być akurat interesujące. Przy tym Stany, zainteresowane są również Polską jako rynkiem zbytu, Polską jako„kuchennymi drzwiami” do Europy i ewentualnie źródłem atrakcyjnych koncesji na wydobycie rzadkich kopalin. Amerykanie wiedzą oczywiście doskonale, że są jedynym naszym rozwiązaniem i, że dzięki temu mogą na nas nieźle zarobić (to akurat nie jest najlepsza z informacji, bo ogranicza nasze możliwości negocjacyjne).
Co jednak - powinno dla nas być istotne - USA może być, paradoksalnie, sprzymierzeńcem i gwarantem realizacji drugiej z alternatyw. Tak. Ten sojusz może umożliwić nam pójść inną drogą niż konieczność poszukiwania gwarancji militarnych i bezpieczeństwa energetycznego u Stanów Zjednoczonych, czy innego mocarstwa. Ale co ważne ta druga alternatywa nie pozbawia nas nie tylko suwerenności (jak Unia), ale wręcz zwiększa naszą niezależność i bezpieczeństwo, oraz wzmacnia politycznie, gospodarczo. To idea Trójmorza.
Żeby jednak nie było tak różowo, jest pewien zdecydowany minus, jaki wnosi ze sobą ten mecenat. Otóż decydując się na sojusz z USA trzeba przyjąć w pakiecie, z dobrodziejstwem inwentarza, również Izrael z jego bezwzględną i nieustępliwą polityką historyczną (jako narzędziem politycznym i ekonomicznym). Elity polityczne (np. Kongres), czy finansowe USA mają bowiem w większości pochodzenie żydowskie. I nie ma też w USA mocniejszego niż żydowskie lobby. Cały problem polega więc na tym, że zabiegając o USA, trzeba nie tylko obłaskawiać rekina, ale równie jego drapieżnego rybę-pilota.
Taką właśnie ekwilibrystyczną politykę zdaje się obecnie prowadzić PiS. A ja, w sytuacji w jakiej się znajdujemy, nie widzę, poza nią, na razie lepszego rozwiązania. Chyba, że ktoś ma jakąś inną receptę? Pomysł na jakąś inną drogę...

11 komentarzy:

  1. Tak, też uważam że USA jest stroną z którą trzeba się układać. Słusznie zauważyłeś, że w pakiecie dostajemy sojusznika naszego sojusznika, który jest naszym wrogiem. Wygląda to wszystko na kwadraturę koła.

    Natomiast jedno jest pewne - w polityce jak i w biznesie trzeba się targować. Jeżeli się mówi kontrahentowi, że jest naszą jedyną opcją to cóż można utargować.
    Nie słyszałem, żeby ten rząd i poprzednie coś sensownego utargowały a można było.
    Płacenie US za ich stacjonowanie jest jakąś aberacją. My mamy zapłacić za to żeby oni mogli realizować swoją globalną politykę w Europie? Do tego jeszcze US robią za faceta z bejsbolem, który ma umożliwić środowiskom żydowskim ograbienie RP z majątku. Czyli mamy zapłacić żydom miliardy i równocześnie miliardy US za ochronę. To ja się pytam - na co nam taka ochrona, jak nasz majątek przejdzie w inne ręce. To może pójść va bank i powiedzieć jankesom, że my już wolimy Putina, bo jak na razie nie każe płacić za ochronę i nie dybie na majątek.

    Oprócz protektora musi być po pierwsze realizowana polityka PROPOLSKA przez polskie władze mająca nasz interes jako podstawowy (a nie cudzy). Wiązanie się bezalternatywne jest bez sensu. Zwróć uwagę, że wojsko US będzie po dowództwem USA a nie RP - rozumiesz co to oznacza. Sensowne by było aby USA zmodernizowało naszą armię a nie ją zastępowało.

    Prawdą jest że możemy sobie snuć różne scenariusze ale nie wiemy tego co rządzący wiedzą. Być może jest już "pozamiatane" i teraz oni muszą delikatnie wprowadzić odpowiednie zmiany.

    To takie luźne refleksje w sobotnie popołudnie.
    Dla relaksu przeczytaj wierszyk który dziś napisałem
    http://naszsalon24.org/2019/06/01/ogrod-w-szkle/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć
      Trzeba by chyba zacząć od tego, ze jak napisałeś "możemy sobie snuć różne scenariusze ale nie wiemy tego co rządzący wiedzą".

      Ja na przykład nie wiem, po co Czaputowicz dogaduje się z Ławrowem w sprawie badania przez naszych prokuratorów wraku. Czyżby chciał pokazać, że Rosja nie ma z zamachem nic wspólnego, oraz że można się z nimi dogadywać? Przecież to uzgodnienie leży wyłącznie w interesie Rosji.

      A może właśnie ta rozmowa i to uzgodnienie są właśnie pokazaniem Amerykanom, że mimo 10 kwietnia możemy się z Rosjanami dogadywać? Że nie są jedynym naszym rozwiązaniem. Możemy tak gdybać i snuć piętrowe tezy, ale zawsze się będziemy tylko domyślać.

      Dlatego, ja chcę próbować zrozumieć i tłumaczyć działania tego rządu i wierzyć, że jest to rząd i polityka propolska. To jest konsekwencja tej analizy, którą przeprowadziłem. Nie widzę w Polsce innego ugrupowania, które by szło w dobrą stronę (USA) niż PiS. Bo innej drogi nie ma. A skoro wiem to ja i wiesz to Ty, oraz nasz rząd, to i Amerykanie o tym doskonale wiedzą, więc co da targowanie się w takiej sytuacji ? Oni wiedzą że jesteśmy przy ścianie i to wykorzystują. Podobnie jak wiedzą to Żydzi. Mówisz, że co nam da ta Ameryka skoro stracimy cały majątek?
      Jest coś cenniejszego od majątku. Powie Ci to każdy Żyd prowadzony do gazu. A może my jesteśmy obecnie w podobne sytuacji? I stąd ta "oszczędna" polityka informacyjna rządu?

      Usuń
  2. W dzisiejszych czasach nie stosuje się agresji w formie najazdu wojsk, niszczenia "siły żywej", czy zasobów materialnych. Dzisiaj agresji dokonuje się za pomocą duraczenia na masową skalę, instalując agenturę, przymuszając ekonomicznie i politycznie, mając media.

    Jak rozumiem duraczenie. To po pierwsze poplątanie języka, podmiana znaczenia pojęć, walka z normalnością. Sam o tym pisałeś i dawałeś wywiad z Biezmienowem. Mamy właśnie owoce takiej działalności.

    Co robić? Dbać o dzieci, mieć dobre relacje z bliskimi, czytać książki i cieszyć się każdą dobrą chwilą.

    Jestem realistą czyli pesymistą. Wszystko wskazuje że żyjemy w czasach dekadenckich, że nasza cywilizacja się wypaliła. Ten stan (gnicie) trwać będzie jeszcze dość długo ale jesteśmy (Europa, cywilizacja łacińska)na równi pochyłej. Co będzie? Nie wiem, coś innego. Czy można temu zaradzić? Według mnie nie. Świadomość dużych grup społecznych została nieodwracalnie zmieniona/popsuta. Aby to odkręcić trzeba pokolenia lub więcej. Do zepsucia potrzebowali 1-2 pokoleń.

    Polecam niewielką książeczkę pt "Cykl życia imperium" - John Bagott Glubb. Do pobrania bezpłatnie z tej strony
    https://ksiazki.pafere.org/book.php?id=7
    Nie ze wszystkim się zgadzam ale większość tez jest ok.

    Jestem sympatykiem PAFERE. Polecam ich stronę i bibliotekę - zestaw klasycznych lektur.

    Pozdrawiam
    Piotr

    OdpowiedzUsuń
  3. >> W dzisiejszych czasach nie stosuje się agresji w formie najazdu wojsk, niszczenia "siły żywej", czy zasobów materialnych.<<

    Czyżby?! :)
    A Syria?

    OdpowiedzUsuń
  4. To co się dzieje na Bliskim Wschodzie (Syria, Irak, Palestyna, itd) to faktycznie jest gorąca wojna.
    Tamte społeczeństwa nie są podatne na duraczenie więc się je traktuje tradycyjnie - ogniem i żelazem.

    Nie bardzo sobie wyobrażam podobną sytuację w Europie (może to kwestia mojej wyobraźni).
    Jedyny czynnik zapalny to jest problem z nachodźcami, który faktycznie może się przekształcić w gorący konflikt.

    Jeżeli na terytorium plemienia A pojawia się wrogie plamie B to mamy tylko trzy możliwości:
    1. Dochodzi do konfliktu i jedno z plemion jest eliminowane
    2. Silniejsze z plemion robi ze słabszego kastę niewolników
    3. Pojawia się trzecia siła i ustanawia swoje prawa.

    OdpowiedzUsuń
  5. PS.
    W Europie mieliśmy konflikt w dawnej Jugosławii. Więc jak widać jeżeli czegoś się nie da załatwić "po dobroci" i "metodami dyplomacji" wali się z pepeszy. Jednak dalej twierdzę, że prostszy i bardziej ekonomiczny jest sposób, który omawiał Biezmienow. Jego wadą jest długi czas operacji na pacjencie a nieraz są potrzebne natychmiastowe, radykalne działania.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale przecież Bezmienow mówi wyraźnie, że to co nazwałeś "duraczeniem" to tylko element pierwszego i drugiego etapu. Potem podzielone społeczeństwo walczy ze sobą i policją, następują zamieszki, które są preludium do wprowadzenia porządku - albo dyktatury przysłanej z zewnątrz (przywódca przybywający na białym koniu) lub też zewnętrznej interwencji wojskowej na osłabione państwo. W dalszej części wykładu to jest przecież.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czyli sugerujesz że US są zabezpieczeniem przed 3 i 4 etapem? Może.

    Zobaczymy jaka będzie cena takiego uzależnienia. Przecież US nie robi tego dla naszego dobra tylko dla swoich globalnych interesów. Oczywiście jako pionek w rozgrywce nie bardzo możemy wybrzydzać ale jednak należy próbować jakieś swoje atuty wystawić w rozgrywce. Ja takiego ruchu nie widzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >> Przecież US nie robi tego dla naszego dobra tylko dla swoich globalnych interesów.<<
      To oczywiste. Chodzi o to, żeby była zgodność kierunku działania, bo cele mamy inne.
      Ja też nie widzę takich ruchów z naszej strony, targowania się i presji, ale też nie uczestniczę w tych rozmowach :)

      Usuń
    2. Ja też nie uczestniczę :). Nie wiem dlaczego PiS zdjął z porządku obrad ustawę Kukiza o uroszczeniach. Być może w ramach dbania o polskie interesy.

      Po owocach ich poznamy.
      Pozdrówka

      Usuń
  8. Witam dyskutantów!

    Nie chciałabym się zbyt wiele mądrzyć, ale wstęp uważam za konieczny:

    Nauki społeczne odrzuciły już dawno paradygmat redukcjonistyczny (wg którego właściwa jest metodologia pozwalająca wywieść całość oglądu z oglądu sumy składników) – na rzecz metodologii holistycznej (holos – całość), przy pomocy której można coś (ogólnego) jedynie przypuszczać. Holizmowi przeciwstawia się wprawdzie pogląd (emergentyzm) dopuszczający wiedzę zawartą w metadanych, ale i ten odsyła wiedzę o prawdzie niektórych zasad w nieznaną przyszłość.
    Pozostając przy holizmie: skoro ani dostępne dane składowe, ani niemożliwa do odczytania całość nie jest „prawdą” – wszelkie dywagacje, np. o charakterze politycznym, są spekulacjami.

    Na tym tle dyskusja wygląda trochę jak „męskie plotkowanie” (mój mąż oddaje się temu – coraz rzadziej wprawdzie – w kwestiach „smoleńskich”) – bo spekulacje, choć pożyteczne, nie są w stanie doprowadzić do jakiegokolwiek rezultatu (np. takiego, że ma sens przekonywać kogoś do swoich racji).

    OdpowiedzUsuń