czwartek, 30 maja 2019

Jaka jest alternatywa dla polityki PiS?

Czy żyjąc w czasach, w których nie jesteśmy w stanie przewidzieć skutków, jakie przyniesie ze sobą próba sił światowych mocarzy, nie jest nam, najbardziej ze wszystkiego, konieczny patronat ze strony jakiejś potęgi gospodarczej i militarnej? Szczególnie dotyczy to Polski - kraju leżącemu w newralgicznym geopolitycznie miejscu. Takie przymierze – moim zdaniem - jest warunkiem koniecznym, jeśli chcemy w miarę bezpiecznie żyć, w suwerennym, a przy tym również rozwijającym się państwie. Sama obecność Polski w NATO, czy Unii Europejskiej okazała się bowiem - jak to wykazały wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku (zamknięte jak klamrą, złowieszczymi słowami: "państwo zdało egzamin") - niewystarczająca do samodzielnego i równocześnie sprawnego funkcjonowania naszej ojczyzny.  

poniedziałek, 20 maja 2019

Jaka siła pragnie rozpadu Polski i wyginięcia Polaków, czyli na kogo oddam swój głos

Zastanawiałem się bardzo długo na kogo oddać swój głos, aby mieć poczucie, że nie postawiło się na takiego człowieka, który będzie chciał zamienić go na garść srebrników. Jaką drogą pójść? Czy tą, którą wskazuje nam PiS, czy może Kukiz-15? A jeśli to powinna być ścieżka, którą chce poprowadzić nas Konfederacja? O Wiośnie i Koalicji Europejskiej nie wspomnę nawet, bo jest to zbieranina ludzi reprezentująca interesy wszystkich (chyba głównie jednak własne), tylko nie Polaków. Sami mienią się być przecież "Europejczykami". Polaków zaś mają, w gruncie rzeczy – chociaż o ich głosy zabiegają - w pogardzie. "Polskość to (dla nich) nienormalność". O głosowaniu na ugrupowania o korzeniach komunistycznych i lewackich, nawet nie zamierzam wspominać, bo jeśli nawet destrukcja nie jest ich celem, to zawsze, w końcu i tak staje się ona efektem ich działań.
Były agent KGB – Jurij Bezmenow (alias Tomas Schuman) opowiadając o tym, jak likwiduje się państwa za pomocą agentury wpływu, przedstawił jeszcze w 1983 roku, dokładny scenariusz, opisujący toczka w toczkę te działania i metody, jakie niektóre, obecnie działające w Polsce siły polityczne usiłują wprowadzać u nas w życie: "Przewrót ideologiczny jest procesem jawnym i zgodnym z prawem cywilizacji zachodniej" – mówił Bezmenow. "Jeśli ktoś myśli, że dywersantem jest ktoś kto chce wysadzać mosty, to popełnia błąd. (...) Dywersant to student z wymiany między uczelniami, to dyplomata, to aktor, artysta, czy dziennikarz." Aby z wirtuozerią zlikwidować i podbić jakieś państwo nie trzeba być dziś troglodytą i używać prymitywnej siły zbrojnej, ale w pierwszej kolejności "zniszczyć system wartości w kraju wroga". 

wtorek, 14 maja 2019

Patrzmy jak się gryzą i zacierajmy łapki, czyli o pandemii wścieklizny polskiej

Można próbować żyć z dala od polityki. Ale ona i tak wedrze się do naszego życia jak woda do dziurawej szalupy. Oto idę na spacer z psem i nagle przed moimi oczyma wykwita rumiana twarz na plakacie. Nie jest to bynajmniej bajkowy "chłopiec z plakatu", ale zupełnie dorosły osobnik, sygnowany znakiem ugrupowania, pod którego barwami wstępuje w wyborcze szranki. W tym momencie łapię się na tym, że kipi we mnie gniew. Mam ochotę, ten baner z którego patrzy na mnie uśmiechnięta, zadowolona z siebie fizjonomia, porwać na strzępy. I choć nie wykonuję żadnego ruchu - nie wybucham szaleńczym gniewem, nie miotam stekiem wyzwisk, ba, nawet nie zamruczę niczego do siebie pod nosem, bo ta złość tylko sobie kipi we mnie, niewidocznie i cicho, jak w szybkowarze - to ten mój, z natury spokojny pies, nagle zaczyna wściekle szczekać. To potulne bydle, które ucieka na widok pająka, i przymila do każdego pijaka napotkanego po drodze, rzuca się nagle z obłąkańczym ujadaniem w kierunku tej dufnej twarzy z plakatu. Zapiera się przy tym nogami tak, że tylko z trudem udaje mi się go od niej odciągnąć.
Czy to jakiś zupełnie odosobniony przypadek, czy też to może ta moja agresja, co we mnie buzuje, przeniosły się na Bogu ducha winne zwierzę? Nie wiem jak jest z przenoszeniem emocji z właścicieli na ich psy, ale pomiędzy ludźmi ta reakcja przechodzenia zachodzi na pewno. Czy nie znamy z autopsji napięcia, które panuje w poczekalni u dentysty, które udziela nam się nawet wtedy, gdy przychodzimy tam tylko w charakterze asysty pacjenta? Albo to inne, kiedy stoimy w kolejce po jakiś deficytowy towar, którego za chwilę może dla nas braknąć. Przenosimy na siebie nawzajem emocje, choćbyśmy sobie nawet założyli maseczki na twarz. Nieważne jakie - te greckie, komediowe i te aseptyczne, czy nawet kosmetyczne. I choćby nawet ktoś się zaklinał, że czyjeś emocje się go nie imają i żyje sobie oto błogo, we własnym sosie, jak pierożek oblany masełkiem, z dala od wszelakich konfliktów, to ja mu po prostu nie wierzę. Wszystkich nas ta franca-przypadłość dotyka, w większym lub mniejszym stopniu. Więc choćby ktoś, nie wiem nawet jak bardzo, deklarował, że trzyma się z dala od polityki - ta i tak go dopadnie. Razem z polityczną złością. Co tu dużo mówić i owijać w stare onuce... Mamy w Polsce epidemię! Może nie wszyscy przechodzimy ją ciężko i z powikłaniami, ale dotyka ona przecież każdego.

środa, 1 maja 2019

Społeczne napięcie osiągnęło maksymalny poziom

Wydaje mi się, że nie tylko ja, ale chyba większość z nas, intuicyjnie odczuwa, iż napięcie w Polsce cały czas narasta. Czy jest to tylko wrażenie czy raczej zjawisko, które da się jakoś zmierzyć? A jeśli da się go wyliczyć, to jaki może być jego poziom krytyczny - pułap powyżej którego grozić może, na przykład, wybuch społeczny? Zastanawiam się też nad tym - skąd się to napięcie w ogóle wzięło – jakie było jego źródło? O ile jakieś źródło w ogóle było.
Tropiąc odpowiedzi na te pytania, dotarłem do miejsc, w których musiałem zastanowić się nad swymi reakcjami, oraz dokładnie przeanalizować swoje emocje. Ponieważ konflikt polega głównie na niezgodzie, to chciałbym również Ciebie Czytelniku prosić, abyś czytając ten tekst, zaznaczył te fragmenty mojego komentarza, z którymi się nie zgadzasz.

Poszukiwania rozpocząłem od ostatniego z pytań – od próby zlokalizowania źródła społecznego napięcia. Postawiłem sobie taką roboczą tezę, że ma ono swój początek w wydarzeniach 10 kwietnia 2010. Ta hipoteza zaczęła się lęgnąć w mej głowie, gdy przeczytałem pewien artykuł z 2013 roku, zamieszczony w „Polityce” pióra Pawła Artymowicza (gorącego zwolennika tezy „katastroficznej” wydarzenia), który napisał tak: Jednak zamiast maleć, wokół katastrofy smoleńskiej narastają wątpliwości. (…) Ponad połowa zapytanych jest zdania, że katastrofa nie została należycie wyjaśniona (…). W społeczeństwie postępuje z wolna toksyczny podział, zatruwający życie publiczne i osobiste - podział, który wielu określa jako głębszy niż w czasie stanu wojennego w latach osiemdziesiątych. Wydaje się, że podział ten utrzyma się bardzo długo. („Analiza dźwiękowa smoleńskiej katastrofy” 03.04.2013 i )

Byłem zdumiony, jak to jego przeczucie jest zbliżone do tego co sam myślę w tej kwestii. W Dzienniku Bałtyckim natrafiłem zaś na pochodzący z tego samego 2013 roku artykuł, noszący tytuł: Konflikty społeczne w Polsce. Czy jest aż tak źle? Stamtąd wynotowałem taki fragment:
Jeszcze w połowie lat 90. XX wieku co drugi rodak, ankietowany przez CBOS twierdził, że w Polsce nie ma konfliktów społecznych. Dziś odsetek "optymistów" zmalał do 17 proc. Większość - niezależnie od poglądów politycznych i zainteresowania sprawami publicznymi - jest przekonana, że krajem targają społeczne konflikty. To najwyższy wynik w historii badań, przeprowadzanych przez CBOS. Co się z nami przez dwie dekady stało? ii
W artykule tym, przywołany jest też przykład „Smoleńska”.
- Od kilku lat nie mogę równocześnie zapraszać na rodzinne uroczystości cioci Ewy i kuzyna Pawła - mówi gdańska lekarka - Koszmarnie się kłócą na tematy polityczne, Ewa wyzwała Pawła od idiotów, a on oskarżył ją, że wspiera morderców. Z nostalgią wspominam czasy, gdy dyskutowaliśmy o dzieciach, chorobach. Może to małe pocieszenie, ale inni mają jeszcze gorzej - przyjaciółka przestała chodzić na Wigilię do rodziców, by nie spotkać tam brata. Poszło o Smoleńsk
 
W swojej naiwności i trochę zarozumialstwie, wydawało mi się, że nie tylko znalazłem dowód na istnienie trendu (pogłębiania się w społeczeństwie konfliktu), ale i potwierdzenie jego przyczyny. Zaciekawiony jednak informacją o badaniach CBOS, postanowiłem odszukać sondaże traktujące o tym jak Polacy oceniają poziom własnego skonfliktowania, w dłuższej przestrzeni czasowej.
Nie było to wcale proste, bo raporty Centrum są odpłatne i często mają mylące tytuły. W końcu jednak udało mi się ustalić iii, że w latach 1987-1988 (a więc jeszcze przed okrągłym stołem) na istnienie konfliktów społecznych wskazywało 48 proc. ankietowanych. W 1994 r. było to 54 procent badanej populacji, a zaledwie dwa lata później – bo w 1996 r oceniało tak już 66 procent respondentów. Następne dane mam właśnie za rok 2013. Tu aż 73 procent badanych wyraża swoje przekonanie, że w Polsce występują konflikty społeczne, a tylko 17 procent twierdzi, że takowych nie ma. To są właśnie te badania, o których pisze „Dziennik Bałtycki” nazywając je „najwyższym wynikiem”. Tyle, że nie jest on najwyższy. Był. Jest bowiem jeszcze badanie, z 2017 (160/2017) roku iv. Daje się z niego jednak ustalić, że aż 90 procent badanych uważa że targają nami konflikty, ale już tylko 2 procent sądzi, że nie jesteśmy podzieleni i skonfliktowani. Mielibyśmy więc tutaj jednak trwały, wzrostowy trend w odczuwaniu napięcia, postępujący z 48 do aż 90 procent, w ciągu ostatnich 30 lat. Jednym słowem – podwojenie. Podwojenie odczuwania, a więc i rzeczywistego doznawania konfliktów społecznych.