sobota, 9 grudnia 2017

Smoleńsk, czyli jak otumanić społeczeństwo

Osobiście nigdy nie byłem w Smoleńsku. Moje wyobrażenia tego co miało się tam wydarzyć, w całości wykreowane zostały przez media. Ich obraz zaczął się kształtować w mym umyśle zaraz po obejrzeniu filmu, który na smoleńskiej polance nakręcił Sławomir Wiśniewski.
Ale przecież zanim go, ten montażysta Telewizji Polskiej nakręcił, to już wcześniej, bo od wczesnych godzin porannych, z nieznanych nam powodów, zapamiętale filmował przestrzeń znajdującą się nad obszarem, który dopiero znacznie później nazwano „miejscem katastrofy”.


Wiśniewski podczas swojego pierwszego wywiadu, nie przyznał się do „filmowania mgły” i stwierdził, że spadający samolot zobaczył zupełnie przypadkowo. Nigdy też nie potrafił logicznie wytłumaczyć, dlaczego z uporem godnym lepszej sprawy, „od świtu” rejestrował co dzieje się na lotniczym podejściu.
W każdym bądź razie, jedyną konkretną rzeczą, z przebiegu zdarzeń, jaką nam ze swego „katastroficznego” urobku udostępnił, był podchodzący we mgle samolot. Jego zdaniem to Ił-76.


Wiśniewski twierdził, że nie udało mu się nagrać samego dramatycznego zdarzenia z 8:41, bo na trzy minuty przed tym jak miało do niego dojść… wyłączył kamerę. Ale stanowczo twierdzi, że je zarówno widział je jak i słyszał.


Czy można jednak nazwać wiarygodnym świadkiem człowieka, który na pytanie co widział i słyszał, co chwilę opowiada coś innego?
Raz miał widzieć tylko skrzydło, innym razem skrzydło oraz kawałek kadłuba, to znów opowiada, że mgła nad drogą była przewiana i był przekonany, że widzi mały, niepolski samolot wojskowy. Ale skrzydła tego „małego samolotu”, jak nos Pinokia urastają nagle w jego opowieściach do piętnastu metrów, a dźwięk – który słyszy - raz jest czymś „co jakby było niszczone, tratowane”, a drugim razem „serią wybuchów z towarzyszącym mu trzydziestometrowym słupem ognia”, który to słup znów za chwilę okazuje się być niewielki, i wygląda tak, jak na filmie fantastycznym, czy wojennym. Te przeczące sobie wzajemnie informacje powodują, że nie wiemy czy w ogóle (a jeśli tak, to w którym momencie) Wiśniewski mówi prawdę.
Specyfikę wszystkich relacji Wiśniewskiego można sprowadzić do tego jednego zdania, które wypowiada zaraz po wydarzeniach, a które oparte jest – podobnie jak inne jego wypowiedzi - na wewnętrznej sprzeczności (patrz raport Zespołu Parlamentarnego „28 miesięcy po” str. 136): „Przez okno usłyszałem tak straszny huk i dwa błyski ognia, ale nie jakiś wielki wybuch”.
Czy nie bardziej wiarygodny od Wiśniewskiego, były taki świadek, który wprawdzie nie filmował „hobbystycznie” mgły, ale na miejscu zdarzenia znalazł się na pewno przypadkiem, oraz faktycznie widział, oraz słyszał wszystko na własne oczy i uszy?
Jak wyglądałby dzisiaj nasz obraz wydarzeń, gdybyśmy pierwszą relację z tego co wydarzyło się wówczas w Smoleńsku usłyszeli nie od Wiśniewskiego, ale od takiej właśnie osoby?


 
Jeśli ktoś jest ciekaw odpowiedzi na to pytanie, to zapraszam go na spotkanie z państwem Berezinowami, mieszkańcami osiedla położonego w pobliżu smoleńskiego lotniska. A więc do domu ludzi, którym – jak sądzę - nieobcy jest widok lądujących i startujących statków powietrznych.
Kiedy 10 kwietnia, około godziny 8:30 małżeństwo to przejeżdżało ulicą Kutuzowa - jadąc ze swego mieszkania do rodziny na wieś - samolot przeleciał tuż nad ich głowami. Zaraz potem – jak twierdzą – spadł. Bardzo blisko, bo zaledwie sześćdziesiąt metrów od drogi, którą jechali.
Sześćdziesiąt metrów to jest odległość jaka jest pomiędzy dwoma słupami trakcji elektrycznej. To oznacza, że Berezinowowie musieli wszystko widzieć bardzo dokładnie.


Są w relacji Bieriezinowa trzy niezwykłe informacje, które burzą cały dotychczasowy, tak mozolnie budowany przez media, obraz zdarzeń.
1) Samolot upadł, zaledwie sześćdziesiąt metrów od ulicy Kutuzowa, którą jechali Berezinowowie.
2) Berezinow – osoba stale mieszkająca w pobliżu wojskowego lotniska rozpoznał w nim rosyjski wojskowy samolot transportowy.
3) Świadek nie słyszał żadnego wybuchu. Ani w powietrzu, ani w momencie upadku.
Jedynym dźwiękiem jaki Berezinowowie usłyszeli w momencie zetknięcia samolotu z ziemią było miękkie „plaśnięcie” obiektu o podłoże.


W pierwszej kolejności przyjrzyjmy się wobec tego ostatniemu z tych elementów. A mianowicie dźwiękowi jaki towarzyszył zdarzeniu. Jest to element, do którego odnoszą się wszyscy bezpośredni świadkowie zdarzenia. Porównajmy te relacje.


Rustam - będący pracownikiem tego samego hotelu, w którym zatrzymał się Sławomir Wiśniewski – mówi: „I takie maleńkie, jakby od komety, takie coś. I za sekundę plaśnięcie, coś ciężko upadło. Potem nie było wybuchu, to znaczy ani płomienia, ani nic, tylko takie plaśnięcie. Tylko plaśnięcie takie było.”
Podobnie jak Berezinow, Rustam używa dla opisania dźwięku słowa „plaśnięcie”. W każdym razie na pewno nie posiada konotacji ze słowem „wybuch” lub „eksplozja”.
Poszukajmy może wobec tego kogoś, kto znajdował się wówczas bliżej zdarzenia niż Rustam.
W podobnej jak państwo Berezinowowie odległości, tyle, że dokładnie z drugiej strony areny wydarzeń, szedł w kierunku miejsca, gdzie upadł samolot starszy mężczyzna.


Jak widać na filmie – mężczyzna ten żyje, mimo że jak mówią archeolodzy samolot rozpadł się na co najmniej 20 tysięcy kawałków.
Gdyby tam miał miejsce wybuch – drobne fragmenty maszyny podziurkowałyby świadka jak sito. Ale…
To nie był wybuch – to było uderzenie w ziemię” – ucina kategorycznie sugestię dziennikarki starszy człowiek, który na miejsce zdarzenia dotarł wolnym krokiem, w około trzy minuty po usłyszeniu dźwięków towarzyszących upadkowi. Za tym, że mówi prawdę przemawia już choćby tylko to, że... relacjonuje.

W pobliżu miejsca zdarzenia znajdowało się także kilka szeregów blaszanych garaży. A przy nich (była sobota rano) kręciła spora grupa mężczyzn. Może oni coś słyszeli?


Pierwszy z wypowiadających się mężczyzn nie słyszał zupełnie nic. „Ani chrzęstu, ani huku, ani wybuchu nie było” - twierdzi. Te słowa ośmielają kolejnego osobnika, który jednak coś słyszał i jednak jego zdaniem był to wybuch. Tyle, że porównuje jego siłę do dźwięku pękającej w ogniu butelki.
O czymś co bardziej było podobne do „chrzęstu i tratowania” niż wybuchu opowiada także, dźwiękonaśladując to co usłyszał, mężczyzna z bloków za garażami.


Wszyscy dotychczas powołani przeze mnie świadkowie znajdowali się poza terenem lotniska. Co w takim razie mogły słyszeć osoby znajdujące się przy samej płycie?


Świadek Wierzchowski opowiada o dźwięku lądującego samolotu. Tylko, że właściwie nie wiadomo o jakim szumie samolotu podchodzącego do lądowania mówi pracownik Kancelarii Prezydenta, i o której godzinie miał mieć on miejsce. Pamiętamy bowiem, że wokół lotniska długo krążył Ił-76, mający takie same silniki jak Tupolew. W każdym razie ten świadek, oprócz szumu przelatującego samolotu nie słyszał nic. Żadnego innego dźwięku. 

 
Ale podobnie do Wierzchowskiego zeznawał przecież rosyjski milicjant:
Wsieci” nr 2/2013 s.18-19 (fragment zeznania rosyjskiego milicjanta z art. M. Pyzy): Około godz. 10.40 (8:40 – RM) widzialność w okolicy terenu obiektu chronionego gwałtownie pogorszyła się z powodu gęstej mgły. Mniej więcej w tym samym czasie słyszałem dźwięk silników samolotu w bezpośredniej bliskości od pasa startowego, następnie było słychać dźwięk silników samolotu oddalającego się od pasa startowego. Samolotu nie widziałem. Więcej nie słyszałem dźwięków samolotu zbliżającego się i oddalającego.


Najwyższym rangą politykiem znajdującym się wówczas na lotnisku, był pełnomocny przedstawiciel prezydenta Rosji – Gieorgij Połtawczenko. Ten dla odmiany w ogóle nie słyszał szumu silników, natomiast słyszał samo „zdarzenie lotnicze” - jak nazywa to, co się wydarzyło w Smoleńsku, przepytujący go Władimir Putin.


Powtórzę za świadkiem, gdyż jego stwierdzenie jest bardzo charakterystyczne. Miał on słyszeć „uderzenie, a potem dziwne dźwięki niecharakterystyczne dla katastrofy”.
Zestawmy tę relację, z tym co mówił dowódca Jaka-40 – Artur Wosztyl, także stojący na płycie.


Również i ten świadek nie mówi o wybuchach, ale o „trzaskach i hukach”. Mówi on, powtórzę: „Obroty zaczęły narastać do maksymalnych. Następnie po kilku sekundach trzaski, huki.”
Nie ma tu nigdzie mowa o wybuchach. Te pojawią się w relacjach Wosztyla dopiero później. Ich kumulacją będzie „fala uderzeniowa”(„takie wibracje”), o której świadek miał wspomnieć dopiero cztery lata od zdarzenia.
W Raporcie Komisji Parlamentarnej Antoniego Macierewicza „28 miesięcy po”, w rozdziale 4.6 pt. „Świadkowie wskazywali na eksplozje” są takie oto wypowiedzi: (Poniższe cytaty są poprzedzone w raporcie stwierdzeniem: „Zespół Parlamentarny zgromadził co najmniej 19 relacji naocznych świadków, którzy słyszeli odgłos eksplozji przed upadkiem samolotu. Są to m. in.):
(Raport KP str. 139): >> Strażak NN, był na lotnisku, kilkaset metrów od miejsca katastrofy: „Akurat byłem bardzo blisko, na dworze. Samolot spadł na moich oczach. Po prostu spadł. Nie było żadnego wybuchu, tylko taki głuchy dźwięk.”<<
(Raport KP str. 137) >>Agnieszka Żulińska, stewardessa Jaka-40: - „Czekaliśmy na wylądowanie tupolewa. Słyszeliśmy, jak się zbliża. W pewnym momencie był jeden huk, za chwilę drugi huk, po czym cisza.”<<
Tu także nie pada słowo „wybuch” ani „eksplozja”. Słowo „huk” może przecież określać upadek jakiegoś ciężkiego, wieloelementowego przedmiotu (w znaczeniu „huk, rumor” czy też „huki, trzaski” użyte przez Wosztyla).
(str. 137) >>Anna Nikołajewa-Nosarczuk, mieszkająca w domu przy ul. Kutuzowa. Była 300 m od miejsca upadku szczątków samolotu - okna jej mieszkania wychodzą na stronę miejsca katastrofy: „Nagle usłyszałam taki grzmot, jakby coś wybuchło. (...) Wie pan, jakby wybuch.”<<
(str. 137) >>Rustam NN, pracownik Hotelu „Nowyj” – był 300 m od miejsca katastrofy: << (cytowany w tym miejscu przez Raport KP fragment wypowiedzi Rustama jest wybiórczy – jego autorzy usuwają fragmenty wypowiedzi w których Rustam stwierdza kilkakrotnie, że nie było słychać żadnego wybuchu, a tylko „plaśnięcie”. Kładą oni za to akcent na zdanie o pięciometrowym płomieniu, które nie wiadomo skąd wzięli, bo go w relacji Rustama w ogóle nie ma! Jest wręcz coś przeciwnego. Świadek mówi bowiem jasno: nie było wybuchu, to znaczy ani płomienia, ani nic, tylko takie plaśnięcie” (patrz - ujęcie 7).
(str. 138) >> Dmitrij Zacharkin vel Janis Ruskuł, mieszkaniec domu obok ścieżki podejścia i radiolatarni, około 1000 m od miejsca katastrofy: „Samoloty tutaj lądują często i jesteśmy przyzwyczajeni do ich dźwięków. Ten samolot lądował z przerywanym szumem silników i głośnymi trzaskami. (...) Przechylał się raz w jedną, raz w drugą stronę, potem upadł.”<<
(str. 139) >> Igor Fomin, pracownik warsztatu samochodowego ok. 200 m. od katastrofy: „Akurat wyszedłem przed warsztat zapalić papierosa. Zwykle, gdy do lądowania na lotnisku podchodziły samoloty, nie było ich słychać. A tu usłyszałem kilka głuchych dźwięków, takie trach, trach, to samolot zahaczał o drzewa. Nagle stanął w płomieniach, to był duży ogień. Potem znowu był głuchy dźwięk i ziemia się zatrzęsła.”<<
Raport cytuje w sumie 14 (a nie 19 o których sam wspomina) relacji. Z tego ponad połowa przywołanych przez KP świadków (9) stwierdza, że zdarzeniu towarzyszył inny dźwięk niż eksplozja czy wybuch („trzaski”; „plaśnięcie”; „huk” ; „coś jakby tratowane, niszczone” itp.) Ponadto część świadków sama z siebie zaprzecza temu (jakby się dziwiąc), iż podczas „zdarzenia lotniczego” miał mieć miejsce wybuch, lub eksplozja (mówią „Nie było żadnego wybuchu” lub po prostu „Nie było wybuchu.”).
Komisja Parlamentarna (w tych 14 „relacjach naocznych świadków”) przywołuje też przypadki, które delikatnie można nazwać problematycznymi. Na przykład, na str. 137 jest opis nagrania automatycznej sekretarki żony posła Leszka Deptuły (nb. mowa tam jest wyłącznie o słyszanych „trzaskach”, oraz „huku” - ale rozumianego jako „hałas wiatru” - a nie o eksplozjach czy wybuchach), czy relacja „oficera armii rosyjskiej” który w ogóle nic nie wspomina o żadnym dźwięku towarzyszącym zdarzeniu, a tylko o tym, że „z warkoczem czarnego dymu samolot uderzył w ziemię”. 
 
***

Ze względu na ulotność wrażeń słuchowych, poszukajmy może więc teraz świadków, którzy nie tylko słyszeli, ale podobnie jak Berezinowowie widzieli to zdarzenie na własne oczy.
Spróbujmy, słuchając tych relacji, zadać sobie pytanie - czy rzeczywiście było to rozbicie się samolotu czy może coś innego? I jaki to statek powietrzny widzieli wówczas świadkowie – polski czy rosyjski?


Ten oto naoczny świadek (podobnie jak inni naoczni świadkowie) mówi – „tam upadł”. Nie mówi „tam się rozbił”, czy „tam nastąpił wybuch”. Moim zdaniem to bardzo istotne rozróżnienie. Samolot według Szewczenki (relacja świadka z „Anatomii Upadku - 2” A. Gargas) upadł na ziemię „zaraz za drogą”. Więc na pewno nie na polanie, pośród drzew. Gdyby upadł w miejscu, gdzie znajdowały się szczątki Tupolewa, Szewczenko z miejsca w którym się zatrzymał, po prostu nie zauważyłby tego. Kierowca autobusu potwierdza więc tym samym relację Berezinowa, mówiącego o 60-ciu metrach, czyli punkcie znajdującym się w połowie odległości pomiędzy drogą, a linią lasu!
Także zarówno według Szewczenki, jak i Berezinowa - samolot miał „upaść”.
Poza tym Szewczenko mówi, że płatowiec najpierw lekko przechylił się na lewe skrzydło, czyli w kierunku salonu Kia, a potem wyrównał. Widział też, że po drugiej stronie drogi, gdzie zaraz spadł coś się od niego oderwało. Zwracam uwagę iż twierdzi, że coś się od niego oderwało i odpadło, a nie mówi że rozpadł się na drobne strzępy, które oglądaliśmy na filmie Wiśniewskiego. Być może to odpadł od samolotu jakiś element (legendarna „wybroska” złomu lotniczego?), a maszyna poleciała dalej. Świadczyłoby o tym zarówno „pokatastroficzne porządkowanie” terenu (przesunięcie ogona z 11 na 12 kwietnia), oraz usuwanie nawet bardzo dużych elementów, które zaraz po katastrofie na terenie operacji Iła były, ale w dokumentach „pokatastroficznych” ich już nie znajdziemy - fotografia poniżej.

Grupa „ratowników” podążających w kierunku zarośli (przed ul. Kutuzowa, ale już za ul. Gubienki, przy północnym ogrodzeniu komisu samochodowego), za którymi rysują się duże elementy (prawdopodobnie skrzydła samolotu). Tego złomu nie ma na oficjalnych „mapach katastrofy” i w oficjalnej dokumentacji „wypadku”.

 
Relacja Szewczenki koresponduje też z tym co mówi Siergiej – pracownik salonu Kia, który również widział całe zdarzenie, i to z podobnej odległości co Szewczenko, tyle że z drugiej strony – bo od południa.


Siergiej – znajdując się w salonie Kia - gdzie pracuje - widzi sam upadek, a potem leżący już samolot (w jednym kawałku, ze złamanym tylko ogonem), a więc potwierdza relację zarówno Szewczenki jak i Berezinowa, co do tego, że nie mógł on upaść pomiędzy drzewami. Potwierdzałoby to więc tamte zeznania - że upadł on na odsłoniętym terenie, to jest, zaraz za drogą.
Siergiej nie mógłby bowiem widzieć leżącego samolotu, gdyby ten spadł pomiędzy drzewa, czyli tam gdzie znajdowały się, sfilmowane kamerą montażysty, szczątki naszego płatowca.

Ale z salonu Kia obserwował to zdarzenie nie tylko Siergiej. Był tam jeszcze jeden świadek – Oleg Starostienkow. On również widział całe zdarzenie. Tyle, że relacja tego byłego wojskowego, pozwala nam zupełnie inaczej spojrzeć na to, czym było całe zdarzenie.


Także i ten świadek - podobnie jak Berezinow, Szewczenko i Siergiej widział całe „zdarzenie lotnicze” od początku do końca. Nagabywany przez dziennikarki wyznaje w końcu, że on „nie katastrofę widział, ale coś innego”. Na pytanie co konkretnie widział, jeśli nie katastrofę, odpowiada nie wprost: „służyłem w wojsku”. Co nam w ten sposób sugeruje? Moim zdaniem to, że nie wpadek widział, a wojskową operację.
To natomiast, że nie powiedział bezpośrednio co faktycznie zobaczył, a tylko zaprzeczył, że widział scenariusz oficjalnej narracji – wcale mnie nie dziwi. Podobnie do niego zeznawali przecież i rosyjscy milicjanci rozlokowani w pobliżu smoleńskiego lotniska – twierdząc, że "nie widzieli natomiast tupolewa w powietrzu, mimo że znajdowali się bardzo blisko miejsca zdarzenia – nawet kilkadziesiąt metrów od pasa startowego" (Tygodnik „W sieci” nr 2 z 2013 – artykuł Marka Pyzy s.18-19).


Wszystkie znane mi naoczne relacje świadków, którzy widzieli to zdarzenie z bliska, przedstawiają, w sumie, bardzo podobny obraz wydarzeń. Podsumujmy je.

Lokacja naocznych świadków
Berezinowowie znajdowali się 60 metrów na wschód od tego miejsca, Szewczenko nadjeżdżał z kierunku północnego, a Siergiej i Starostienkow znajdowali się na południu.

I choć każdy z nich opowiada tę historię inaczej, bo po swojemu, to obraz zdarzeń wyłania się z tych historii jeden – tyle że zupełnie inny niż przedstawiają to media i oficjalne czynniki.

A więc:

a) po pierwsze - nie było żadnego wybuchu

b) po drugie - jakiś samolot (wrak samolotu?) miękko „plasnął” o ziemię na stumetrowym, bezdrzewnym pasie pomiędzy ulicą Kutuzowa, a lasem okalającym lotnisko „Siewiernyj”

c) i po trzecie – świadkowie widzieli w powietrzu najprawdopodobniej rosyjski samolot wojskowy 
 
Żaden ze świadków nie widział polskiego TU-154M. O tym, że był to „polski samolot” dowiedzieli się dopiero później – z mediów. A niektórzy przecież mówią wręcz, że widzieli, ale rosyjski samolot wojskowy. I miękki upadek obiektu, któremu nie towarzyszył żaden wybuch.
Z relacji świadków mogłoby wynikać więc, że pod XUBS nie doszło do żadnej lotniczej katastrofy, a miało tam miejsce jedynie podejście rosyjskiego samolotu wojskowego, który symulował katastrofę naszego PLF-101. Być może dokonując również zrzutu złomu lotniczego.
Nasz statek powietrzny z Delegacją w ogóle się natomiast tam nie pojawił. Moim zdaniem odleciał bowiem niedługo wcześniej na lotnisko zapasowe (Piszę o tym w książce „Zatarty ślad. O 10 kwietnia 2010 roku”).