piątek, 7 lipca 2017

Co naprawdę wydarzyło się w 10 kwietnia 2010 r.? Kolizja kłamstw smoleńskich implikuje prawdę

Każdy z nas ma jakieś wyobrażenie tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 10 roku. Spróbujmy o nim na chwilę zapomnieć. Tylko po to, by spojrzeć na to zdarzenie jeszcze raz – bez uprzedzeń. Zważyć wyłącznie argumenty. Przypomnijmy sobie różne racje naukowe i poddajmy je osądowi... prostej metody naukowej Karla Poppera. Metodzie falsyfikacji.



10 argumentów przeciwko tezie o katastrofie lotniczej

Kazimierz Nowaczyk : Samolot przeleciał nad brzozą na wysokości 20 metrów nad ziemią, nie zderzył się z drzewem i nie utracił końcówki lewego skrzydła w wyniku kolizji z brzozą. Przez następne dwie sekundy leciał zgodnie z kursem i wznosił się, osiągając w miejscu zapisu TAWS 38 (dane systemu ostrzegania przed przeszkodami) wysokość 35 m nad ziemią. (…) Wskazania dwóch wysokościomierzy barycznych przy przelocie nad brzozą są jednoznaczne – 20 m nad ziemią.
Wiesław Binienda : Uderzenie w drzewo powoduje jedynie uszkodzenie krawędzi natarcia skrzydła, ale nie pogarsza w istotny sposób jego właściwości nośnych. Gdyby nawet doszło do takiej kolizji, samolot Tu-154M mógłby utracić niewielkie fragmenty krawędzi natarcia skrzydła (slot i nosek płata), ścinając drzewo pierwszą podłużnicą.
John Cox (znany amerykański konsultant ds. bezpieczeństwa i ekspert od wypadków): Naprawdę chciałbym wiedzieć, co działo się na pokładzie, ponieważ niezależnie od tego, pod jaką presją byli piloci i z jakimi warunkami pogodowymi mieli do czynienia, nigdy żaden pilot nie zignorował ostrzeżenia TAWS. Czym różnił się ten samolot, że stało się inaczej?
Chris Cieszewski: Wiele wskazuje na to, że na miejscu katastrofy, w ciągu kilku dni po tragedii, dokonywano wielu manipulacji. Najbardziej uderzające jest przesunięcie lewego statecznika samolotu o 50 m w kierunku centrum miejsca katastrofy, widoczne przy porównaniu zdjęć z 11 i 12 kwietnia 2010 r. (…) Pewne jest za to, że w raporcie MAK pozycję statecznika określono według miejsca, w którym znalazł się on już po przeniesieniu. (...) Okazało się, że poza statecznikiem miejsce położenia zmieniło co najmniej siedem innych fragmentów samolotu, które były przemieszczane i być może grupowane w różnych miejscach terenu katastrofy.
Mirosław Dakowski: Kadłub, traktowany w obliczeniach jako rura, głównie z duralu, wzmocniona żebrami, musiał przy ślizganiu się po zagajniku pozostać w całości lub rozpaść się na dwie, najwyżej trzy części. Rozpad jego na dziesiątki tysięcy części jest sprzeczny ze znaną z mechaniki wytrzymałością materiału kadłuba. Wskazuje to na pewność, iż rozpad kadłuba nastąpił z innych przyczyn.
Antoni Macierewicz: (…) już pięć dni po katastrofie - jeszcze przed zbadaniem wraku - Rosjanie celowo zniszczyli dowód niezwykle istotny dla wyjaśnienia przyczyn rozpadnięcia wraku: część ogonową Tu-154 ze środkowym silnikiem.
Marcin Michalski (archeolog pracujący w Smoleńsku): W ramach wytyczonej siatki metrycznej zbieraliśmy wszystkie pozostałości na powierzchni i tuż pod nią (...). W ten sposób zebraliśmy 10 000 przedmiotów. Dodatkowo skorzystaliśmy z wykrywaczy metali do znalezienia szczątków znajdujących się pod ziemią. Były to badania nieinwazyjne - nanieśliśmy na mapę 20 000 sygnałów, ale nie kopaliśmy.
Grzegorz Wierzchołowski, Leszek Misiak: na miejscu katastrofy „nie odnaleziono” rejestratora K3-63, zapisującego ważne parametry, takie jak gwałtowne przeciążenia, w tym tzw. twarde lądowania. Rejestrator K3-63 był opancerzony i miał kilkadziesiąt centymetrów długości; powinien przetrwać katastrofę.
Dorota Kania, Magdalena Nowak: Rosjanie kilkanaście godzin po katastrofie zaczęli niszczyć wrak, który jest jednym z najważniejszych dowodów w postępowaniu. Demolowano samolot, tnąc go piłami i wybijając szyby w oknach. (…) Polskich biegłych dopuszczono do wraku dopiero 17 miesięcy po tragedii.
Marek Strassenburg Kleciak: Oceniając charakter powstałych obrażeń głowy, klatki piersiowej i kręgosłupa, na ciała członków załogi w krótkim czasie oddziaływało udarowe przeciążenie nie mniejsze niż 100 g” – głosi raport komisji Millera. Jednak (...) nawet gdyby Tu-154 leciał ku ziemi z prędkością 300 km/h, a jego droga hamowania wyniosłaby tylko 10 m (a była, jeśli przyjmiemy oficjalną wersję katastrofy, znacznie większa, bo samolot uderzył w drzewa i zaczął tracić prędkość kilka sekund przed upadkiem), to wartość przeciążenia nie przekroczyłaby 40 g (...). Aby przeciążenie było tak duże, jak podali Rosjanie, samolot przy prędkości 300 km/h musiałby się zatrzymać na dystansie długości mniej więcej 3,5 do 4 m, a więc uderzyć niemalże prostopadle w betonową ścianę.
Wniosek - w Smoleńsku nie doszło do katastrofy lotniczej



10 argumentów przeciwko tezie o wybuchu termobarycznym

Paweł Artymowicz: - Jeżeli wybuch zdarzyłby się przed uderzeniem samolotu w ziemię, jak sugeruje komisja w MON, to zakończyłby się rozrzuceniem elementów poszycia kadłuba i zniszczeniem podłogi samolotu. Na zdjęciach z miejsca katastrofy widać, że podłoga jest nietknięta.
NN („pirotechnik z 18 letnim stażem w policji”, który „nie zgodził się na ujawnienie swoich personaliów”): (…) gdyby wybuch rozerwał samolot w trakcie lotu na wysokości 30 m nad ziemią (jak zakłada komisja w MON) i przy prędkości 270 km/godz., to szczątki byłyby rozrzucone na ogromnym obszarze. Również uszkodzenia ciał poddanych działaniom takiej bomby są charakterystyczne – przypominają obrażenia ofiar eksplozji metanu w kopalniach.
Paweł Artymowicz: (…) Liczne sekcje zwłok potwierdziły, że płuca nie były uszkodzone, a powinny być uszkodzone w znaczny sposób przy wybuchu bomby termobarycznej. Bębenki uszne nie były popękane (…) A gdzie indziej dodaje też, że jest bardzo drobny ułamek ofiar mających styczność z wysoką temperaturą po spadku samolotu.
Maciej Lasek: (…) Nie spodziewałem się, że w tej narracji przedstawi się ich (pilotów - RM) jako bezwolne marionetki, które wykonują polecenia wieży mimo, że wszystkie dokumenty wskazują, że piloci nie mają prawo zejść poniżej minimalnej wysokości zniżania jeżeli nie zobaczy ziemi.
Paweł Artymowicz: (…) nie znaleziono świadków, którzy widzieliby taki wybuch 10 kwietnia 2010 r., ani śladów na ziemi, które by o tym świadczyły.
Leszek Artymiuk: Bomba termobaryczna nie jest wykorzystywana przy aktach terrorystycznych. Jest zbyt skomplikowana w użyciu, trudno nad nią zapanować. Wybuch jest wielostopniowy.
Maciej Lasek: (…) Czyli najpierw załoga była naprowadzana na śmierć, a potem jeszcze spowodowano eksplozję bomby? (Dziennikarz Faktu prezentację podkomisji smoleńskiej zaprezentowaną 10.04.2017 trawestuje podobnie: na wieży kontrolnej Rosjan panował chaos, nieprzygotowani do pracy kontrolerzy błędnie naprowadzali rządowy TU-154M, samolot zaczął rozpadać się w powietrzu wskutek szeregu awarii, a na koniec – uległ eksplozji.)
Maciej Lasek: (…) Rejestrator parametrów lotu, który rejestruje ciśnienie panujące w kabinie, nie zarejestrował skoku ciśnienia, który byłby spowodowany wybuchem bomby termobarycznej.
Paweł Artymowicz: Wybuch jakiejkolwiek bomby, również termobarycznej jest wykluczony przez zapisy w licznych, wyprodukowanych i odczytanych w trzech różnych krajach czarnych skrzynkach.
Maciej Lasek: (…) rejestrator głosu nie zarejestrował odgłosu wybuchu. Zarejestrował za to krzyki załogi i pasażerów do momentu zderzenia się z ziemią.
Na pytanie, dlaczego urządzenia nagrywające nie zarejestrowały odgłosu wybuchu, prof. Ewa Gruszczyńska-Ziółkowska (etnomuzykolog, związana z ZP A. Macierewicza) odparła, że nie zdążyły, bo „fala dźwięku jest późniejsza od siły wybuchu”.
W podobnym duchu wypowiadał się Wacław Berczyński: Taki wybuch jest znacznie szybszy niż dźwięk. Prędkość dźwięku jest określona – około 1200 km na godzinę, wybuch termobaryczny ma znacznie większą prędkość, więc może się nie zdążyć zarejestrować.
Wniosek - w Smoleńsku nie doszło do wybuchu bomby termobarycznej.

***

Po prezentacji serii 10 argumentów, każdej z politycznych stron dyskutujących o zdarzeniu, pozwolę sobie na krótki komentarz.
Nie rozumiem dlaczego członkowie podkomisji wysuwają problematyczną opinię, że "wybuch jest szybszy od dźwięku", a nie kwestionują po prostu autentyczności zapisu czarnych skrzynek, które według Ministra Obrony Narodowej zostały ewidentnie sfałszowane? Przecież za pomocą tej jednej tylko racji (udowodnionej oczywiście) obalić by mogli więcej niż połowę wyżej przedstawionych argumentów, zaprezentowanych przez obrońców teorii katastrofy. (Jeśli nie wszystkie.)
Antoni Macierewicz (TVP 01.09.2016): Ujawnione zostaną prawdziwe nagrania załogi tupolewa. Te, które oddają rzeczywisty przebieg wypadków, a nie jakiś chaos, z którego nie można było wyłowić żadnego słowa. (…) To będą dowody takie, jakie przedstawi komisja wtedy, kiedy się zbierze, czyli we wrześniu (2016 roku. Nb. podkomisja nie przedstawiła nagrań - RM). Gdybym je przedstawił teraz, to zapewne nie byłoby potrzeby zwoływania jej wtedy. (To zdanie świadczy o wadze tych nagrań - RM). (…) To jest bardzo ważny materiał. Będziecie mogli państwo usłyszeć, jak organizowano fałszerstwo tego, co zostało nazwane raportem państwa polskiego. Tu nic nie będzie udawane. Pokazuje, jak przygotowywano fałszerstwo. Sam byłem wstrząśnięty. Takiego cynizmu naprawdę dawno nie widziałem. 

10 argumentów przemawiających zarówno przeciwko teorii wybuchu jak i przeciwko tezie o katastrofie lotniczej

Z analizy Raportu Archeologów wynika, że „obszar największej koncentracji fragmentów rozbitej maszyny odpowiada miejscu jej upadku, a mniejsze zagęszczenie, ale o czytelnym zarysie, pokrywa się z trasą ostatniego odcinka lotu tupolewa”.  Natomiast analiza pirotechnika, cytowana powyżej mówi, iż „gdyby wybuch rozerwał samolot w trakcie lotu na wysokości 30 m nad ziemią (jak zakłada komisja w MON) i przy prędkości 270 km/godz., to szczątki byłyby rozrzucone na ogromnym obszarze. Tymczasem mamy tu ścieżkę okruchów, czyli coś co nijak nie pasuje ani do wybuchu w powietrzu, ani do katastrofy w wyniku zderzenia z ziemią.

Na zdjęciach satelitarnych z 05 kwietnia w okolicach smoleńskiego lotniska widać białą plamę. Tak komentuje ją Chris Ciszewski:... w tym miejscu nigdy śnieg nie występował. Wnioski są proste - to miejsce nie kumuluje bardziej śniegu niż inne miejsca. To miejsce ma wręcz mniej śniegu niż inne. (…) Nasze wnioski są takie, że to nie jest naturalna formacja śniegu, ale coś o charakterze antropogenicznym. To było coś zrobione przez człowieka. (…) To mógł być biały beton, jasne plandeki, piana, jakiś płyn. (…) Powierzchnia pokrywa się mniej więcej z obszarem, na którym doszło do rozbicia samolotu. Obszar, który myśmy zidentyfikowali zajmuje ok. połowy obszaru pokrytego częściami rozbitego tupolewa.

Krzysztof Cierpisz: Podobnie też z plamami błota. Plamy te są kuliste o zamkniętych obwodach – co świadczy o tym, że statecznik leżał w bezruchu i wtedy spadły nań krople błota.
NN (ekspert od spraw pirotechniki): W ostatnich sekundach lotu kapitan Arkadiusz Protasiuk otworzył całkowicie przepustnicę i zwiększył ciąg do maksymalnego. Nie zdążył jednak podnieść samolotu. Maszyna uderzyła więc o ziemię na pełnym ciągu. Z danych technicznych tupolewa wynika, że jego turbina pracuje średnio z prędkością 12 tys. obrotów na minutę a w sytuacji całkowitego otwarcia przepustnicy – z prędkością dochodzącą nawet do 20 tys. obrotów na minutę. – Jeśli o ziemię uderzy silnik pracujący z taką prędkością, wirniki i części turbiny muszą rozpaść się na drobne kawałki, które można znaleźć w odległości kilku kilometrów (...). – Tymczasem silniki Tupolewa zachowały się prawie niezniszczone.

Grzegorz Wierzchowski, Leszek Misiak: w raporcie MAK ukryto fakt, że dowódca Tu-154 Arkadiusz Protasiuk podjął na przepisowej wysokości 100 m decyzję o przerwaniu podejścia do lądowania i odejściu na tzw. drugi krąg. Protasiuk powiedział „Odchodzimy”, po czym komenda ta została potwierdzona przez II pilota – mjr. Roberta Grzywnę. Oznacza to, że załoga Tu-154 wcale nie próbowała lądować.

Paweł Deresz, (mąż posłanki Jolanty Szymanek-Deresz): w prosektorium powiedziano mi, że zmasakrowanie ciał było bardziej niż przerażające (…) Miałem szczęście, że zwłoki żony były prawie w całości.
Ciała ofiar powinny być zmiażdżone, albo na skutek tego, że oddziaływało na nie „udarowe przeciążenie nie mniejsze niż 100 g” albo poważnie zniszczone na skutek wybuchu bomby termobarycznej. Tymczasem zestawiając zeznania świadków identyfikujących ciała ofiar wynika, że tylko 17 z nich było nierozpoznawalnych i wymagało analizy DNA.
Ponadto stanu ciał nie da się rozpatrywać w oderwaniu od foteli na których się znajdowały.

Karol Kopczyk (prokurator): Wszystkie fotele tupolewa są połamane (...) Stan foteli może dużo powiedzieć biegłym o mechanizmie zniszczenia samolotu. Montowane w samolotach pasażerskich siedzenia są bardzo wytrzymałe i powinny przetrwać ogromne przeciążenia, większe niż organizm ludzki jest w stanie przeżyć. Złamanie konstrukcji foteli zdarza się bardzo rzadko podczas katastrof lotniczych.
Do tej wypowiedzi należałoby jeszcze dodać, że: nie ma niezniszczonych stelaży foteli Tu 154M. (…) W żadnych materiałach zdjęciowych nie pokazano charakterystycznych, ozdobnych ochraniaczy foteli z logo 36SPLT. (…) Podłoga pokazana na fot. (z miejsca nazwanego miejscem katastrofy - RM ) nie wskazuje, żeby miały być w niej zamontowane jakiekolwiek fotele, oraz to, że „fotele smoleńskie” są na wszystkich fotografiach widoczne solo, a przecież żaden z nich „nie jest osobno przytwierdzony do podłogi samolotu, tylko do wspólnej, stalowej ramy. Powinien zatem taki zestaw pokazać się na pobojowisku, choć jeden, bo było tych zestawów dwadzieścia”

Jedno z pytań Stowarzyszenia Rodzin Ofiar Tragedii Smoleńskiej „Katyń 2010” odnoszące się do raportu Millera, na które KBWLLP nie udzieliła odpowiedzi : Czy komisja J.Milera uwzględniała i sprawdzała fakt, że część uszkodzeń drzew i przeszkód terenowych mógł być i najprawdopodobniej został dokonany przez rosyjski samolot IŁ-76, który w dniu 10.04.2010 podchodził do lądowania z przechyłem na lewe skrzydło i z odchyleniem od osi lotniska podobnym do Tu-154m?
Dwugłos na temat zaniknięcia sygnału FMS – „15 metrów nad poziomem lotniska, 600 metrów od pasa i 80 metrów przed pierwszym zderzeniem samolotu z drzewami” pomiędzy Krzysztofem Zalewskim, zamordowanym dziennikarzem śledczym, a Markiem Strassenburgiem-Kleciakiem, pracującym w Niemczech ekspertem ds. nawigacji satelitarnej.
Krzysztof Zalewski: (...) informacja, że FMS przestał działać w momencie zniszczenia samolotu, choć przerwanie pracy komputera nastąpiło na wysokości 15 m nad poziomem lotniska, jest faktycznie dziwna
Marek Strassenburg-Kleciak: Może dano do badania w USA urządzenia z innego samolotu?

Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski (pytanie z 27 kwietnia 2010): W relacjach filmowych widać kilka poszczególnych części samolotu, 10–15 proc. kadłuba. Gdzie się podziała reszta szczątków tej potężnej maszyny?

Godzina zdarzenia -
1) Oficjalna, obowiązująca od 10 kwietnia 2010 do 28 kwietnia 2010 – to 8:56;
2) Wieczorem 10.04.10 gen. S. Szojgu melduje W. Putinowi, że samolot zniknął z radarów o 8:50;
3) 28 kwietnia 2010 – nowa, oficjalna godzina zdarzenia ogłoszona przez Donalda Tuska to 8:41;
4) Przedsiębiorstwo energetyczne „Smolenskenergo” poinformowało, że 10.04.2010 r. o godz. 10:39:35 (8:39:35 czasu polskiego) na DP CUS otrzymano sygnał o odłączeniu linii wysokiego napięcia-602 na stacji elektroenergetycznej "Siewiernaja" co przypisano upadkowi samolotu;
5) 4 maja 2010 - „Jak powiedział Polskiemu Radiu gubernator obwodu smoleńskiego (i członek rosyjskiej komisji rządowej do zbadania katastrofy smoleńskiej -RM) Siergiej Antufiew, samolot spadł na ziemię o godzinie 8.38 czasu obowiązującego w Polsce”;
6) Artur Wosztyl – dowódca Jaka-40/044 oświadcza, że „moja pierwsza rozmowa po usłyszeniu tych niepokojących dźwięków (...) rozmowa z DKL-em odbyła się o godz. 8.38 czasu polskiego. I to też nie od razu było… (bo wcześniej wykonał jeszcze np. telefon do dowódcy jednostki - RM)
7) „pułkownik Nikita Siergiejewicz Pawlenko – zastępca szefa dochodzeniowców ze smoleńskiego OMON-u (…) w rozmowie z prokuratorem (…) zeznał, że (…) został wezwany nagłym telefonem przez szefa, który kazał mu jechać na lotnisko Siewiernyj, gdzie rozbił się samolot z polskim prezydentem.(...) Polski wywiad postanowił zweryfikować tę relację poprzez biling telefoniczny oficera. Okazało się, że jedyny tego dnia telefon pułkownik Pawlenko otrzymał o godzinie 8.31”.
8) Raport Millera: „1.7.6. Pora dnia, oświetlenie. Wschód słońca w Smoleńsku w dniu wypadku był o godz. 03:02. Wypadek zdarzył się w porze dziennej, około trzech godzin po wschodzie słońca.
Czyli około godziny 8:00 czasu polskiego.

Komentarz: Czy może mieć miejsce wydarzenie pewne, punktowe (np. eksplozja, katastrofa, wybuch) , które zaistniało pomiędzy ruchliwą ulicą, a lotniskiem - przy wjeździe do ponad 300 000 miasta, którego czasu w żaden sposób nie można określić? Ani za pomocą narządów naziemnych, ani satelitarnych, ani lotniskowych, ani zeznań świadków, an niczego innego?

WNIOSEK KOŃCOWY: W Smoleńsku nie doszło ani do katastrofy ani do wybuchu bomby termobarycznej


Więc na koniec pytanie:
Jakiemu zdarzeniu nie przeczy ani jeden z owych trzydziestu (10+10+10) argumentów? Czy jest takie?

Jest. Piszę o nim w książce "Zatarty ślad", oraz na tym blogu - np. w rozdziale "Porządek wydarzeń smoleńskich" .

Dodam  tylko, że (może jestem zafiksowany), ale wszystkie przesłanki (stare, nowe i te dopiero co odkryte) układają mi się pod ten właśnie scenariusz wydarzeń. Jeśli coś nie pasuje Wam do tej hipotezy - pytajcie. Moim zdaniem wszystko da się nią wyjaśnić. 
Dodam  tylko, że (może jestem zafiksowany), ale wszystkie przesłanki (stare, nowe i te dopiero co odkryte) układają mi się pod ten właśnie scenariusz wydarzeń. Jeśli coś Ci nie pasuje do tej hipotezy - pytaj. Moim zdaniem wszystko da się nią wyjaśnić.

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/romek-m/co-wydarzylo-sie-10-kwietnia-2010-r-kolizja-klamstw-smolenskich-implikuje-prawde

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.