piątek, 18 marca 2016

Rozmowa z porucznikiem Wosztylem

W lipcu 2014, kiedy zacząłem zamieszczać na "Niepoprawnych" wcześniejszą wersję mojej książki o Smoleńsku. zaczęły nachodzić mnie pewne wątpliwości co do czasów zdarzeń jakie przedstawiłem w swojej hipotezie. Podzieliłem się swymi rozterkami z pewną publiczną osobą. - Najlepiej byłoby móc skonsultować się z którymś z pilotów Jaczka - zakończyłem dzielić się z nią mym problemem. - To dlaczego nie porozmawia pan o tym z porucznikiem Wosztylem?  - Ba, żeby to było takie proste. Nawet nie wiem jak się z nim skontaktować. A nawet jeśli dotarłbym do niego, to dlaczego miałby chcieć ze mną rozmawiać? - Mogę pana z nim umówić poprzez moją znajomą. Jeśli ona go o to poprosi, na pewno postara się poświęcić panu tyle czasu ile będzie trzeba.

Faktycznie, na następny dzień otrzymałem numer telefonu porucznika Wosztyla. Zadzwoniłem do niego, opowiedziałem o swoim zamiarze napisania książki, oraz podałem adres swego bloga, aby mógł zorientować się co i o czym piszę. Kolejnego dnia zadzwoniłem ponownie, aby umówić się z nim na spotkanie.

- Skąd się panu wzięła godzina lądowania mojego Jaka jako 6:50? - zaskoczył mnie pytaniem na dzień dobry.  - O tym właśnie chciałem porozmawiać. Wielu rzeczy nie jestem pewien, stąd też poprosiłem pana o rozmowę. - Ale skąd się panu wzięła ta godzina? - nie ustępował porucznik. - Wie pan, nie chciałbym poruszać tej sprawy teraz. Wolałbym się z panem spotkać. Wtedy na spokojnie moglibyśmy sobie o tym porozmawiać.

Umówiliśmy się w ogródku jednej z warszawskich pizzerii 5 sierpnia 2014 roku.
Dowódca Jaka podszedł do mnie bardzo skupiony. Na krześle obok siebie położył dużą skórzaną torbę, mimo że jak mówił mieszkał tuż obok. - Muszę mieć przy sobie telefon, bo córka nie wzięła klucza od domu - wyjaśnił, widząc moje pytające spojrzenie, które spoczęło na jego bagażu. 
- Dlaczego tak bardzo wzburzyła pana godzina 6:50, jako czas lądowania Jaka na Siewiernym? - zapytałem go gdy tylko usiedliśmy. - Dlatego, że jest nieprawdziwa. Lądowaliśmy o 7:15. - Jest pan tego absolutnie pewien? - Jak mogę nie być pewien? - żachnął się. Przecież podczas lotu mam cały czas zegar przed oczyma. Co chwila na niego patrzę, żeby wiedzieć czy lot odbywa się zgodnie z planem. Poza tym - dodał - zaraz po lądowaniu dowódca statku musi wypełnić i podpisać druk rozkazu. Tam trzeba wpisać dokładną godzinę startu i lądowania. - Czyli wpisał pan wówczas 7:15? - spytałem - No tak, spojrzał na mnie przeciągle, jakby wietrzył jakiś podstęp. 7:15.
Nie powiedziałem wówczas Wosztylowi, że wiem iż podczas pierwszego przesłuchania, które miało miejsce  10 kwietnia 2010 zeznał on, że lądowanie Jaka-40/044 miało miejsce o 7:25, a podczas następnego przesłuchania godzinę tę określał jako "około 7:20". Wiedziałem też doskonale o tym, że 7:15 była to godzina oficjalna, "zaklepana" przez raport Millera.
Jednak nie powiem - argumentacja, mówiąca że Wosztyl musi doskonale znać rzeczywistą godzinę przyziemienia własnego samolotu, bo podczas lotu cały czas kontroluje zegar, trafiała do mnie. Nie miałem tylko jeszcze wówczas pojęcia jak to co mówi interpretować. Mimo to czułem jedno - godziną lądowania nie mogła być raczej 7:15, przy której tak stanowczo obstawał w rozmowie ze mną.

Fragment zeznania Remigiusza Musia

Porucznik opowiedział mi, że z Warszawy wystartowali "jakiś kwadrans po piątej" (w zeznaniu mówi zaś o 5:25, czyli co do jednego jest jak widać konsekwentny  -  przelot, według niego, trwał dwie godziny), z piętnastominutowym opóźnieniem, bo nie udało się odpalić pierwszego Jaka. Sam lot miał przebiegać bez zakłóceń. Na moje pytanie o dziwne, zmienne kursy jakimi wieża naprowadzała samolot dziennikarzy na pas Siewiernego, Wosztyl stwierdził, że on nie widzi w tym nic niezwykłego - ot, kurs jak kurs. O samym podejściu i lądowaniu opowiadał tak samo jak w złożonym przez siebie zeznaniu i relacjach prasowych, więc nie będę tego powtarzał. Co natomiast niezwykłe, twierdził, że nie mógł po swoim wylądowaniu komentować do dziennikarzy manewru jaki wykonał Ił-76, podczas pierwszego swego podejścia, bo... miało ono miejsce dopiero dłuższą chwilę po wyjściu żurnalistów.
Wspomniał też, że po zakończeniu kołowania i opuszczeniu przez dziennikarzy pokładu statku, załogę Jaka-40 odwiedził generał Grzegorz Wiśniewski oraz jego zastępca pułkownik Czarnota. To wówczas porucznik Kowaleczko zapisał numer telefonu attache wojskowego w Moskwie (do którego miał zadzwonić wkrótce po usłyszeniu wybuchów). Mówił także, że po drugim przelocie Iła, z wieży (o której wówczas jeszcze nie wiedział, że jest wieżą) wybiegło trzech mężczyzn i jedna kobieta.

Historia podejścia Tupolewa, słyszanych odgłosów wybuchów, rozmowa z pracownikiem wieży są na tyle znane, że także nie będę ich powtarzał. Bo to co usłyszałem, nie wnosi do naszej wiedzy na ten temat niczego nowego. 
    
- Co zauważyliście po przejściu przez mur oddzielający lotnisko od polany na której miało dojść do katastrofy? - Idąc wzdłuż polany widzieliśmy tylko drobne szczątki samolotu i nagie fragmenty zwłok. - Czy widział pan jakieś ciała, które były całe? - Tylko jedno. Było to nagie ciało niewysokiego mężczyzny o krótko ostrzyżonych włosach, z uciętą prawą ręką. Nie widziałem jego twarzy, była skierowana w drugą stronę. - Czy czuć było zapach paliwa? - Nie. Powietrze było czyste. - Co wydarzyło się później? - Po jakimś czasie, kiedy już wróciliśmy do samolotu przyjechali dziennikarze oraz dyplomaci, polscy urzędnicy z Kancelarii Prezydenta, i była ogromna nerwówka, bo próbowano ustalać listę ofiar. - Próbowano? - Tak. Mieli dwie albo trzy listy i z nich usiłowali dojść kto zginął. - Czy mógłby pan przypomnieć sobie dokładniej ile mogło być tych list? - Nie wiem - porucznik zamyślił się na chwilę - być może było ich tylko dwie.

Wosztyl niemal po każdym pytaniu, które mu zadawałem zmieniał temat, i zaczynał opowiadać o tym, co w tym czasie nurtowało go najbardziej, czyli o postępowaniu karnym które toczyło się w sprawie..., a właściwie przeciwko pilotom Jaka-40/044. Nie przerywałem mu, rozmawialiśmy o tym przez chwilę, ale gdy tylko nadarzała się sposobność, starałem się powracać do pytań dotyczących wydarzeń z 10 kwietnia. 
Zauważyłem, że wówczas twarz porucznika wyraźnie się zmieniała. Mięśnie twarzy napinały się mocniej, wzrok stawał się bardziej skupiony, mowa wolniejsza. Widać było, że pilot stara się kontrolować to co mówi. Natomiast gdy mówił o postępowaniu przygotowawczym, wyraźnie się ożywiał, jego oczy odzyskiwały blask, stawał się niemal gadatliwy.

- Czy rano spotkał się pan z załogą Tutki? - Nie. My byliśmy w domku pilotów przed piątą, więc nie było szans się spotkać. - To o której miał mieć miejsce wasz wylot? - No, o piątej. - Skąd pan wiedział, że akurat macie wylecieć o piątej? W domku pilotów była "rozpiska lotów" z której wynikało kto, o której kto ma lecieć.  - To o której, miał wylecieć Protasiuk z ekipą, że się nie spotkaliście? - Oni mieli wylecieć dopiero kilka minut po szóstej. 


Starałem się nie dać po sobie poznać, jak zaskakująca była dla mnie ta informacja. - Ile minut po szóstej? - zapytałem tak, jak gdyby chodziło mi tylko o uściślenie już wcześniej znanego faktu. Wosztyl zorientował się, że powiedział coś, czego widocznie powiedzieć nie powinien, bo uśmiechnął się tylko przepraszająco, jak przyłapany na psocie uczniak. - Kilka minut po - powtórzył uciekając w bok oczyma. - Skoro była tam kartka z godzinami wylotu, to musiała być tam przecież zapisana jakaś konkretna godzina? - Nie pamiętam - porucznik nadal starał się unikać mojego wzroku. Widziałem, że na ten temat, niczego więcej od niego już się nie dowiem... 


Informacje, które uzyskałem  podczas rozmowy z porucznikiem Arturem Wosztylem wykorzystałem (obok wielu innych materiałów) do napisania książki "Zatarty ślad. O 10 kwietnia 2010 roku.

Możesz zapoznać się z opiniami o tej książce - TUTAJ(link is external)

Możesz kupić tę książkę, na przykład  - TUTAJ