wtorek, 27 stycznia 2015

XXVIII. Tajemnicze 1500 metrów

Załoga Jaka-40/044 oczekująca przy swoim statku na wylądowanie nadlatującego Tupolewa, miała usłyszeć najpierw dźwięk zniżającego się samolotu, następnie gwałtownie zwiększające się obroty silników i w końcu ich milknięcie, czemu towarzyszyć miały głuche odgłosy i wybuchy. Co działo się potem? 
Artur Wosztyl: (http://mypis.pl/blogi/2214-as_us/wpisy/2849-kulisy-mordu-politycznego-iii) (...) po tym jak umilkły silniki TU 154m z wieży wyszedł jakiś mężczyzna w mundurze i udał się w kierunku postoju pojazdów zabezpieczenia. Po chwili pojazdy ruszyły na sygnale. Następnie z wieży wyszedł kolejny mężczyzna w mundurze, wzrost około 160-165 cm, krótko ostrzyżony, jasny blondyn, masywnej budowy ciała. Było widać, że jest zdenerwowany, trzęsły mu się ręce, odpalał papierosa. Do niego podszedł chor. Muś, następnie ja i por. Kowaleczko.   
Remigiusz Muś: (http://rebelya.pl/post/2789/rebelya-ujawnia-pena-wersja-zeznan-remigiusza-m) Po około 5 minutach nawiązałem łączność z wieżą zapytując „co z naszą tutką”, odpowiedział mi „żebym wysiadł z samolotu, bo oni stacjonują 50 metrów od samolotu którym przylecieliśmy.” Spotkaliśmy się z nim, drżący głosem odpowiedział nam, że tupolew spadł (...) 1500 metrów przed pasem.   
Artur Wosztyl: Wtedy do attaché wojskowego w Moskwie (gen. Grzegorza Wiśniewskiego –RM) zadzwonił por. Rafał Kowaleczko i uzyskał od niego informacje, iż samolot się rozbił i jego zdaniem nikt nie przeżył. Ponadto poinformował on, iż stoi około 20 metrów od statecznika rozbitego TU – 154M, z którego rozpoznawalna jest jedynie szachownica. W jego ocenie samolot uderzył w ziemię w odległości  około 1,5 km od progu pasa.  
Nie wiadomo skąd wzięło się owe 1500 metrów. Czy źródłem tej informacji byli pracownicy wieży, czy może jakieś inne rosyjskie służby, czy też może świadkowie, którzy nie liczyli odległości od początku pasa, tylko przekazywali informacje wcześniej zasłyszaną, albo po prostu podawali dystans jaki musieli pokonać z tego miejsca w którym oczekiwali na samolot, do tego, które uwiecznił na swoim filmie polski operator Sławomir Wiśniewski? Choć ten ostatni przypadek jest raczej wątpliwy, bo proszę zwrócić uwagę - pierwszym źródłem informacji ma być kontroler, który wyszedł z wieży, zaraz po "katastrofie"
Co ciekawe owe 1500 metrów, w najprzeróżniejszych konfiguracjach, będzie się wciąż przewijać w relacjach ze Smoleńska.   
W filmie "Poranek", dokładnie w 5 minucie 55 sekundzie filmu, słychać rozmowę dziennikarza Mroza, z Olejniczakiem i Słomczyńskim (?), w której ten pierwszy, klnąc wulgarnie, przekazuje do studia w Warszawie informację, że spotkał kogoś, kto "twierdzi, że półtora kilometra od lotniska rozbił się prezydencki samolot."  Domyślać się można, że tym kimś jest Sławomir Wiśniewski. W jaki sposób Wiśniewski - operator, niezależnie od Wiśniewskiego - generała i od rosyjskiego kontrolera, mogą podawać dokładnie tę samą odległość? Tym bardziej, że wcale nie wynosi ona 1500 metrów, Zweryfikujmy od razu tę wartość,  
Proponuję zapoznać się w tym celu z dalszą częścią zeznań nawigatora Jaka-40/44. 
Remigiusz Muś: Po około godzinie, kiedy nikt się nami nie interesował postanowiliśmy pójść na miejsce zdarzenia. Okazało się, że miejsce to nie jest oddalone 1500 metrów jak wcześniej nas informowano lecz 400-500 metrów od progu pasa i 50 metrów w lewo zgodnie z kierunkiem lądowania.     
Sfilmowane przez Sławomira Wiśniewskiego miejsce, z charakterystycznym statecznikiem oznaczonym biało-czerwoną szachownicą, było tym samym punktem, o którym wspominać ma w rozmowie z por. Kowaleczką gen. Grzegorz Wiśniewski, i znajdowało się ono rzeczywiście, tak jak opisał to chorąży Muś niecałe 400 m od progu pasa, a także niepełne 700 metrów od wschodniej wieży lotniska, oraz około 800-850 metrów od miejsca w którym stał Jak-40/44 z oczekującą na mających powrócić dziennikarzy załogą. 
Oznaczmy literą a) – wieżę, b) –  próg pasa, oraz c) miejsce dramatu, a otrzymamy wówczas taki oto schemat.   

Spójrzmy na to jeszcze raz. Kontroler lotu - "krótko ostrzyżony, jasny blondyn" - po wyjściu na zewnątrz i spotkaniu się z Musiem, Wosztylem i Kowaleczką informuje ich, że "zdarzenie" miało miejsce 1500 metrów od pasa. Tymczasem miejsce tragedii jest zaledwie kilkaset metrów od wieży. Jest to o tyle dziwne, że rosyjscy kontrolerzy powinni wiedzieć kiedy i gdzie zniknął z radarów nasz samolot. Tym bardziej, że do ostatniego momentu mieli oni przecież śledzić na monitorze jego lot, a więc powinni zdawać sobie sprawę, że leci centralnie na nich (a także na Wosztylowego Jaka, oraz oczekujący na przylot delegacji komitet powitalny). Proponuję więc jeszcze raz wsłuchać się w to, co mieli oni (według stenogramów) relacjonować w ostatnich sekundach.    
Pliusin : PLF, 101./ PLF, 101.  
Anonimowy Abonent: Stwierdź  przynajmniej - czy doleciał do radiolatarni czy też nie - gdzie on jest./ Хоть узнай, долетел он или нет до привода, где он.  
Anonimowy Abonent: Wszystko. Bliższą radiolatarnię minął, bardziej po lewej... gdzieś obok drogi. / Все, привод ближний прошел, левее... возле дороги где-то.   
Pliusin : PLF -101.  
Judin : Za bliższą (radiolatarnią – RMj) spadł, na lewo od drogi. / После ближнего упал, левее дороги 
Anonimowy Abonent: Zaczął odchodzić na drugi krąg, a potem przepadł. / На второй круг уходить начал, потом пропал. 
Pliusnin: Kurwa!!! / Б...дь!!!  
Co z tego fragmentu miałoby wynikać? Ano albo to, że ten dialog jest w tym miejscu „dopisany” później, a zdający relację mężczyzna był autentycznie przeświadczony że "katastrofa" wydarzyła się faktycznie 1500 m od lotniska, albo po prostu kłamał w żywe oczy, mówiąc, że samolot spadł 1500 metrów od progu pasaPrzecież będąc w wieży, i słuchając relacji Judina z Pliusninem doskonale musiał przecież wiedzieć, że bliższa radiolatarnia znajduje się około 1100 metrów od wzmiankowanego progu. Jeśli więc samolot spadłby przeleciawszy nad nią, to powinien być bliżej od lotniska niż 1100 metrów.  
Za pierwszą wersją i równocześnie za tym, że "roztrzęsionym mężczyzną" mógł być  Kierownik Strefy Lądowania, świadczyłby bowiem choćby ten fragment zeznania Wiktora Ryżenki:
W odległości dwóch kilometrów wskaźnik na czujniku lokatora lądowania mrugnął i ślad od tego mrugnięcia znajdował się na linii zejścia. W odległości 1,5-1,7 kilometra od pasa startów i lądowań, wydałem załodze TU-154 komendę - „Horyzont”, ale przy tym na monitorze czujnika nie widziałem już TU-154. 
Czy to nie stąd wzięło się owe 1500 metrów?   
Interesującą dla mnie rzeczą jest także to, że kwestia owych 1500 metrów nie znika, po ustaleniu, że miejsce zdarzenia bezpośrednio sąsiadowało z lotniskiem, ale powraca jeszcze kilkakrotnie.   
Gen. A. Aloszyn (cyt. za Amielin,  Ostatni Lot , s. 169) – jakby próbując wyjaśnić, skąd się wzięlo owe 1500 metrów: W odległości 1,5 kilometra kontrolerzy zauważyli, że załoga zwiększyła prędkość zniżania i zeszła poniżej ścieżki. Kontroler lotów wydał załodze polecenie przejścia do lotu poziomego, a gdy załoga nie wykonała go, kilka razy wydał polecenie odejścia na lotnisko zapasowe. Załoga nadal schodziła coraz niżej. Niestety, to doprowadziło do tragedii. 
Dla mnie jednak znacznie ciekawsza,niż słowa rosyjskiego generała jest ta oto relacja TVN24 z 10 kwietnia 2010 r,. sprzed godz. 10 - patrz od 1'39'' materiału (http://www.youtube.com/watch?v=PkCZVtpmb6E):  
Wiemy, że były bardzo złe warunki pogodowe, była bardzo gęsta mgła. Samolot nie wylądował, nie przyziemił, słychać było ryk silników, piloci podnieśli tę maszynę, polecieli jakieś półtora kilometra od tego lotniska i tam maszyna się rozbiła, zapaliła się. Wiemy już, że została ugaszona. Mówiliśmy o akcji ratunkowej. Mówiąc „akcja ratunkowa” zawsze jest ta iskierka nadziei, że wyciągnie się z tego samolotu kogoś żywego, ale już wiemy, to jest oficjalna informacja od pani gubernator obwodu smoleńskiego, nikt tej katastrofy nie przeżył...     
albo też o stwierdzenie (Relacja posła Antoniego Macierewicza, przewodniczącego Sejmowego Zespołu badającego przyczyny tragedii - w Telewizji Trwam i Radiu Maryja w „Rozmowach niedokończonych”) http://naszdziennik.pl/polska-kraj/22575,samolot-rozpadal-sie-w-powietrzu.html 
TU-154M rozpadał się na przestrzeni półtora kilometra przed szosą Kutuzowa i przed miejscem, gdzie upadły jego ostatnie fragmenty.  
Ale najciekawszą, moim zdaniem, informację pozostawiłem na sam koniec. Jest to jedno tylko zdanie z książki Piotra Kraśki, które warto wynotować – „Smoleńsk 10 kwietnia 2010” ze str. 37:  
Rosjanie z bloków stojących 1500 metrów od miejsca katastrofy mówili o wielkim huku. Sławek Wiśniewski z kolei był zdziwiony, że huk nie był aż tak wielki.