wtorek, 9 kwietnia 2019

Tylko dureń powie prawdę o Smoleńsku

Mija już dziewięć lat, a mord dokonany w dniu 10 kwietnia 2010 roku, wciąż stanowi jeden z głównych zworników polityki. Ujawnienie szczegółów tej zbrodni spowodowałoby przebiegunowanie Ziemi. Polityczne oczywiście. A z tym do końca nigdy nic nie wiadomo. Jakie pociągnęłoby za sobą skutki uboczne? Jakie skutki dla ujawniającego?
To co napisałem powyżej jest spojrzeniem na to zdarzenie z punktu widzenia polityka i żurnalisty.
Ja wolę posługiwać się inną metaforą. Ujawnienie prawdy o Smoleńsku porównałbym do pytania o to czy powiedzieć pacjentowi (społeczeństwu) o trapiącej go ciężkiej chorobie (powiedzmy, że jest nią czerwonka), czy nie. Na naszym podwórku macherzy „Zrzeszeni wokół Platformy” mówią: „Podrzućmy choremu jakieś broszury, jak ma coś oleju w głowie, to się zorientuje, że lepiej w tym nie grzebać, tylko zdać się na lekarzy. A jak nie - niech sczeźnie. Im prędzej tym lepiej.” Natomiast ci „Zjednoczeni na Prawicy” prawią: „Nie ma sensu mówić choremu prawdy. Zacznie jeszcze wierzgać nogami i nas pokopie, albo co. Jasne, że trzeba go coś tam podratować, ale nie musi przecie mieć świadomości co się wokół niego wyprawia. Siostro! Narkoza!”
Ale też nie jest to tak do końca dokładna metafora, bo nie uwzględnia jeszcze (a może przede wszystkim) obaw lekarzy obu rodzimych stowarzyszeń, na temat opinii specjalistów z głównej kliniki amerykańskiej, gdzie wymyślili sobie, by niekoniecznie czerwonkę uznać za groźną chorobę, bo może się ona przydać do walki z żółtaczką. Inni zaś biorą pod uwagę zdanie fachowców z głównych klinik europejskich, gdzie z kolei doszli do wniosku, że kontrolowana czerwonka może wzmocnić organizm.
Natomiast autentyczni specjaliści z branży medycznej twierdzą, „że teraz mówi się prawdę chorym, bo ta wiedza może być im potrzebna do uporządkowania swego życia”. Z kolei profesor Andrzej Szczeklik w swojej książce pisał: „Nawet kiedy (pacjent - RM) mówi: wiem, że mam raka, jestem przygotowany na wszystko, proszę mi powiedzieć prawdę – to jego oczy mówią co innego: powiedz mi taką prawdę, jaką chcę usłyszeć, daj mi nadzieję.”
No, więc co? Powinno się powiedzieć społeczeństwu prawdę o Smoleńsku czy jednak nie?
Pół roku temu dziesięciu autorom - „blogerom smoleńskim” - udało się wspólnie wydać książkę mówiącą o wynikach ich (i innych blogerów – takich jak np. Civilebellum) prac nad ujawnieniem prawdy o Smoleńsku. Zawiera ona mnóstwo nieznanych ogółowi Polaków faktów na temat 10 kwietnia 2010. Wydanie jej jest sukcesem – przestaliśmy bowiem wreszcie działać „każdy na swój strój”– jak powiedział prof. Dakowski (jeden z autorów „Maskirowki smoleńskiej”). Wydaliśmy ją wspólnie. Czy nie jest to przykład takiej oddolnej, społecznej inicjatywy – panowie rządzący?
Być może chcielibyście nas zapytać - po co zajmować się Smoleńskiem, kiedy ma się świadomość, że nie będzie się mieć z tego żadnych, ani politycznych, ani finansowych korzyści?
Odpowiedź dla nas jest prosta.
Każdy z autorów książki uważa, że Polakom należy się ta prawda. Po co? Moim (osobistym już) zdaniem po to, żeby każdy zamieszkujący ziemię pomiędzy Bugiem a Odrą wiedział, po czym geopolitycznie stąpa. Jako rządzący zostaliście wybrani przez Naród, więc to co spotkało Jego ówczesną elitę w Smoleńsku, spotkało cały Naród. Nie tylko klasę rządzącą. Chyba więc lepiej by było, żeby ci obywatele, którzy poczuwają się do Wspólnoty zwanej Polską, świadomie współpracowali z Wami przy naprawie Rzeczpospolitej, niż gdyby nie rozumieli co się w tym kraju wyrabia i dlaczego. To demotywuje. Pozostali obywatele zresztą, też mają prawo z pełną świadomością powiedzieć: „Nie interesuje nas ta Wspólnota: ani jej wartości, ani cele. Mamy inne”. Mają prawo, ale muszą wiedzieć przeciwko czemu i komu się opowiadają. Muszą wiedzieć, a nie -  wydawać się im, że wiedzą. Smoleńsk zapoczątkował proces wielkiej antagonizacji Polaków. Proces ten się pogłębia! Dwa kłamstwa o Smoleńsku zbudowały naprzeciwko siebie dwa wielkie, wrogie obozy. Konflikt pomiędzy nimi roznosi na wszystkie dziedziny życia. Nie da się go rozbroić inaczej jak tylko powiedzeniem prawdy, bo też nie da się mówić o współczesnej Polsce bez mówienia o Smoleńsku. 
Chrystus wskazuje nam jak budować Królestwo Boże. A my budujemy tutaj, na polskiej ziemi, królestwo dwóch zwalczających się kłamstw. "Każde królestwo, wewnętrznie skłócone, pustoszeje. I żadne miasto ani dom, wewnętrznie skłócony, się nie ostoi" (Mt 12,26). Bo nie ma przecież czegoś takiego jak kłamstwo i manipulacja w dobrej sprawie. 
I jeszcze jeden, w sumie nie wiem czy nie najważniejszy z argumentów. Nie będziecie Państwo rządzić wiecznie. Nie macie w apteczce pigułki nieśmiertelności, ani recepty na rządy wieczne. A więc - Panie i Panowie odpowiedzialni za ten kraj, Roku Pańskiego 2019 – co się stanie, gdy zagubione, okłamywane i mamione przez wszystkich, i ze wszystkich stron społeczeństwo, odepchnie Was od sterów? Zostawicie je na pastwę agentów wrogich państw, antyludzkich doktrynerów? Wepchniecie - obrażeni, że to nie Was wybrano - w ręce doktorów typu fikcyjnego Wiktora Frankensteina i całkowicie realnego Josefa Mengele?
Kłamstwem i manipulacją posługują się dziś wszyscy politycy na całym świecie. Jak długi on i szeroki. Stały się one tak normalne jak śmieci w lesie i po rowach. Czy nie kusiło (sic!) Was nigdy by, dla odmiany, spróbować nowej strategii: mówienia prawdy? Może się okazać, że efekty tej nowej polityki zaskoczą Was zupełnie.

czwartek, 4 kwietnia 2019

Smoleńsk - stan lękowy elit

Wrócił temat trotylu w kontekście zamachu „smoleńskiego”. Chyba nikt nie wierzy, że stało się to przypadkowo właśnie teraz, na kilka dni przed dziewiątą rocznicą zbrodni. Ten remake ma prawdopodobnie sprawić wrażenie, że sprawa Smoleńska nie została zamieciona pod dywan. Dlaczego tak po macoszemu, od czasu dojścia PiS do władzy traktuje się ten temat? Jedna ze smoleńskich wdów - napisała w lutym tego roku, że jest to problem niewygodny politycznie i bardzo negatywnie przekładający się na słupki wyborcze. Czy jednak tylko z tego względu pojawi się on tylko na chwilę i na powrót zniknie w niebycie, aż do kolejnej, dziesiątej już rocznicy? Spróbuję na to pytanie odpowiedzieć za chwilę, Na razie jednak skorzystajmy z okazji i spójrzmy na tę pojawiającą się, jak efemeryda sprawę trotylu, przez pryzmat dwóch krótkich cytatów zamieszczonych na stronie „wPolityce”. Pierwszy z nich, to wypowiedź Witolda Waszczykowskiego z 27.03.19, który stwierdził: Ja bym chętnie widział pana Putina w Polsce, gdyby przyjechał on wraz z kilkoma wagonami sprzętu, który leży na lotnisku w Smoleńsku. 
Po co miałby targać ten złom? Oczywiście po to, aby można było go wreszcie rzetelnie zbadać (złom nie Putina), co oznacza, że w pierwszej kolejności należałoby poza wszelkimi wątpliwościami stwierdzić (czego  w warunkach rosyjskich nie sposób uczynić), czy są to aby na pewno elementy tego samolotu, którym leciała Delegacja, czy też nie. I drugi cytat z 24 marca:  (…) sensacyjne doniesienia z brytyjskiego laboratorium badającego szczątki wraku Tu-154M. (…) znaleziono ślady substancji używanych do produkcji materiałów wybuchowych. Jak się dowiadujemy, chodzi o trotyl (…).  
Podsumowując: nie wiadomo co badamy, ale jest na tym trotyl!  Byłoby to może dla mnie nawet śmieszne, gdyby nie wiązało się z narodową tragedią.  
Przyznam się, że jeszcze do niedawna poważnie zastanawiałem się, czy brak nowych informacji o wydarzeniach 10.04, oraz nieliczne zmanipulowane wiadomości rozpowszechniane w tej sprawie (choćby to: „chodzi o trotyl”), nie są efektem przemyślanej politycznej strategii, wynikającej - na przykład - z rzeczywistego zagrożenia konfliktem zbrojnym, do którego mogłoby dojść, gdyby w niewłaściwym momencie dziejowym, ujawnić rzeczywistego sprawcę zbrodni. 
Że wcale jednak nie musi to być „strategia”, wskazywać może wiele innych kwestii, które są medialnie i politycznie ukrywane. Są nimi m.in: ustawa S.447, sprawa księdza Jerzego, Jedwabne, wycofanie się z decyzji odesłania na emerytury niektórych sędziów Sądu Najwyższego, kwestia przyjmowania uchodźców, aneks do raportu WSI i jeszcze kilka innych tematów o których się albo nie mówi, albo mówi się o nich nieprawdę. Co wszystkie te sprawy mają ze sobą wspólnego? No, właśnie to, że są albo przemilczane albo zakłamywane. O czym, według mnie, może to świadczyć? O jednej z dwóch rzeczy. Albo o tym, że diagnoza społeczna - sporządzona przez rządzących - wskazuje, iż nasze społeczeństwo cierpi na ciężkie zaburzenia lękowe i powiedzenie mu prawdy, w jakiejkolwiek poważniejszej sprawie, mogłoby wywołać stan paniki i chaos w kraju, albo… 
Albo na poważne zaburzenia lękowe cierpią nasze elity polityczne.
W tym miejscu chciałbym zacytować jeden z lepszych poradników psychologicznych: Lęk nie zawsze jest zjawiskiem negatywnym. Jeśli zagrożenie rzeczywiście przewyższa nasze kompetencje, to mądrze jest się wycofać. Jeśli jednak często odczuwamy tę emocję w wielu różnych sytuacjach, to znaczy że mamy skłonność do przeceniania niebezpieczeństwa. (...) unikanie przynosi natychmiastową ulgę, jednak w dłuższej perspektywie nasila lęk. (…) Aby (w takim przypadku - RM) dobrze poradzić sobie z lękiem, musimy się z nim zmierzyć. Musimy zapanować nad własnymi reakcjami i sytuacjami, których się boimy. (za „Mind over Mood” Christine A. Padesky, oraz Denisa Greenbergera). Nie można przecież przyjmować "strategii unikania" wobec wszystkich ważniejszych spraw - jak to ma obecnie miejsce w Polsce. 
Dodam tylko, że nie ja jestem autorem diagnozy o zaburzeniu lękowym elit politycznych. Sformułował ją już ponad dwa lata temu profesor Andrzej Nowak. W wywiadzie udzielonym Krzysztofowi Skowrońskiemu powiedział: (…) nie może być strachu przed prawdą. Inaczej rozwiążmy państwo, powiedzmy, że boimy się być państwem i niech lepiej będzie to Rosja, Niemcy albo inne porządne państwo, które dba o bezpieczeństwo swoich obywateli.” Dlaczego? Bo „Jeżeli nie wyjaśnimy dlaczego to tak się stało (chodzi o Smoleńsk - RM), kto zawinił, jak możemy sprawić, żeby tego rodzaju tragedia się nie powtarzała to, nie będziemy dobrze funkcjonowali jako społeczeństwo i jako państwo.   
W stanie lękowym powinno się szukać elementów pozytywnych. Czy takie są? Oczywiście, że tak. Lepiej jest przecież gdy rządzą nami, najbardziej od 1939 roku, pro-niepodległościowe elity, nawet  takie z zaburzeniami lękowymi, niż gdyby miał sprawy kraju wziąć ponownie w swoje ręce obóz szabrowników i wrogów Ojczyzny. Co jeszcze?  A choćby to, że rozpoznanie stanu lękowego jest pierwszym krokiem do pozbycia się go. Bo nie dopuszczam do siebie myśli, że taka polityka gremialnego unikania mogłaby być jednak chłodno skalkulowaną strategią rządzącej partii. 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Ciało Lecha Kaczyńskiego - opis zdjęcia

Ciało ułożone na wznak, na metalowej, ruchomej platformie wyścielonej przezroczystą folią
Głowa lekko uniesiona, skierowana ku górze, dolne kończyny obcięte równo, jak piłą, w kolanach
Kikuty owinięte ciemnym materiałem, z zewnątrz dodatkowo pokryte streczem
Prawa ręka, którą podpisywał urzędowe dokumenty - odjęta dokładnie do łokcia, obwiązana tym samym materiałem co nogi, natomiast lewą rękę ułożono na nagim brzuchu zmarłego
Powyżej ciała - metalowa półka, stojąca przy ścianie, pokrytej jasno-kremowymi ceramiczynymi płytkami, podłoga wyłożona kamiennym lastrico
Zwłoki mężczyzny są nagie, potylica wypukła, włosy siwe, twarz owalna, czoło wysokie, nos mały, broda płaska
Świeżo ogolony, pewnie nie dłużej niż na kilka godzin przed zejściem
Klatka piersiowa wypukła, brzuch wysklepiony
Po prawej stronie, na wysokości wątroby przebarwienie skóry
Tułów z licznymi ciemnymi i drobnymi zadrapaniami, biegnącymi prostopadle do osi ciała
W okolicy pachwiny wybroczyny krwawe
Przez całe ciało - od brody aż do krocza - szef chirurgiczny
Stężenia pośmiertnego brak
Na podbródku, po prawej stronie otarcie naskórka, natomiast od dołu twarzy podbiegnięcie krwawe w kształcie półksiężyca
Cała twarz mocno obita
Kość czołowa i kości czaszki aż po wierzchołek głowy, rozłupane ostrym przedmiotem

Tekst pochodzi z książki "Czarna skrzynka" (2013) mojego autorstwa i nosi tytuł "Zakazana fotografia 3". Publikuję go z okazji 8 rocznicy zbrodni. Poniżej fotografia, na podstawie której dokonałem zapisu. Ciało zakryłem.


 

niedziela, 10 grudnia 2017

12-PUNKTOWY PORZĄDEK WYDARZEŃ SMOLEŃSKICH (wyniki nieoficjalnego śledztwa)

Zamykając moje nieoficjalne śledztwo, w 12 krótkich punktach (tekst wytłuszczony) przedstawiam to, co moim zdaniem wydarzyło się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku.
 

1. Godzina 7:25 – ląduje Jak-40 / 044 z dziennikarzami (widzialność jest według kierownika lotów, oraz pilotów w granicach 1500 – 2000 metrów, niebo zachmurzone - warunki do lądowania zgodne z poziomem wyszkolenia załogi)


Edmund Klich (przewodniczący KBWLLP, akredytowany przy rosyjskiej komisji badającej zdarzenie z 10.04.2010 w liście do Donalda Tuska z 15.04.2010 - za "Moja czarna skrzynka. Dokumenty" - str. 11): O godz. 9.26 są następujące (warunki meteo - RM): zachmurzenie pełne 10/10 - stratus, podstawa 100m, widzialność 1 km. W tym czasie 9.26 ląduje Jak-40.


Artur Wosztyl (dowódca Jaka-40/044): Lądowanie w Smoleńsku odbyło się o godz. 7.25 czasu polskiego. Według czasu rosyjskiego była to godzina 9.25. (zeznanie z dnia 10.04.2010 z godz.19:17 – RM)


Artur Wosztyl: (...) podczas lotu mam cały czas zegar przed oczyma. Co chwila na niego patrzę, żeby wiedzieć czy lot odbywa się zgodnie z planem. Poza tym - dodał - zaraz po lądowaniu dowódca statku musi wypełnić i podpisać druk rozkazu. Tam trzeba wpisać dokładną godzinę startu i lądowania.




2. Godzina 7:40 - Pierwsze podejście Iła-76 Frołowa


Remigiusz Muś: (…) z zaciekawieniem oglądaliśmy dwa nieudane lądowania samolotu Ił 76 Federacji Rosyjskiej. (…) Próby lądowania tego Iła miały miejsce około po 15 i 30 minutach od naszego wylądowania.


Artur Wosztyl: - W międzyczasie nad lotniskiem pojawił się rosyjski Ił-76...
- Tak, jakieś 15 min po nas.  Dwa razy podchodził do lądowania (...)  

sobota, 9 grudnia 2017

Smoleńsk, czyli jak otumanić społeczeństwo

Osobiście nigdy nie byłem w Smoleńsku. Moje wyobrażenia tego co miało się tam wydarzyć, w całości wykreowane zostały przez media. Ich obraz zaczął się kształtować w mym umyśle zaraz po obejrzeniu filmu, który na smoleńskiej polance nakręcił Sławomir Wiśniewski.
Ale przecież zanim go, ten montażysta Telewizji Polskiej nakręcił, to już wcześniej, bo od wczesnych godzin porannych, z całkowicie nieznanych i niezrozumiałych powodów, zapamiętale filmował przestrzeń znajdującą się nad obszarem, który dopiero znacznie później nazwano „miejscem katastrofy”.


Wiśniewski podczas swojego pierwszego wywiadu, nie przyznał się do „filmowania mgły” i stwierdził, że spadający samolot zobaczył zupełnie przypadkowo. Nigdy też nie potrafił logicznie wytłumaczyć, dlaczego z uporem godnym lepszej sprawy, „od świtu” rejestrował co dzieje się na lotniczym podejściu.
W każdym bądź razie, jedyną konkretną rzeczą, z przebiegu zdarzeń, jaką nam ze swego „katastroficznego” urobku udostępnił, był podchodzący we mgle samolot. Jego zdaniem to Ił-76.


Wiśniewski twierdził, że nie udało mu się nagrać samego dramatycznego zdarzenia z 8:41, bo na trzy minuty przed tym jak miało do niego dojść… wyłączył kamerę. Ale stanowczo twierdzi, że je zarówno widział je jak i słyszał.


Czy można jednak nazwać wiarygodnym świadkiem człowieka, który na pytanie co widział i słyszał, co chwilę opowiada coś innego?
Raz miał widzieć tylko skrzydło, innym razem skrzydło oraz kawałek kadłuba, to znów opowiada, że mgła nad drogą była przewiana i był przekonany, że widzi mały, niepolski samolot wojskowy. Ale skrzydła tego „małego samolotu”, jak nos Pinokia urastają nagle w jego opowieściach do piętnastu metrów, a dźwięk – który słyszy - raz jest czymś „co jakby było niszczone, tratowane”, a drugim razem „serią wybuchów z towarzyszącym mu trzydziestometrowym słupem ognia”, który to słup znów za chwilę okazuje się być niewielki, i wygląda tak, jak na filmie fantastycznym, czy wojennym. Te przeczące sobie wzajemnie informacje powodują, że nie wiemy czy w ogóle czy Wiśniewski, mówi prawdę. A jeśli mówi, to w którym momencie.
Specyfikę wszystkich relacji Wiśniewskiego można sprowadzić do tego jednego zdania, które wypowiada zaraz po wydarzeniach, a które oparte jest – podobnie jak inne jego wypowiedzi - na wewnętrznej sprzeczności (patrz raport Zespołu Parlamentarnego „28 miesięcy po” str. 136): „Przez okno usłyszałem tak straszny huk i dwa błyski ognia, ale nie jakiś wielki wybuch”.
Czy nie bardziej wiarygodny od Wiśniewskiego, były taki świadek, który wprawdzie nie filmował „hobbystycznie” mgły, ale na miejscu zdarzenia znalazł się na pewno przypadkiem, oraz faktycznie widział, oraz słyszał wszystko na własne oczy i uszy?
Jak wyglądałby dzisiaj nasz obraz wydarzeń, gdybyśmy pierwszą relację z tego co wydarzyło się wówczas w Smoleńsku usłyszeli nie od Wiśniewskiego, ale od takiej właśnie osoby?

sobota, 7 października 2017

Czy ktoś jeszcze sobie kpi ze smoleńskiej sztucznej mgły? „Ale ona była tylko na lotnisku”

Mgła, która pojawiła się w Smoleńsku dziesiątego kwietnia, to była dziwna mgła.
 

 
Jacek Sasin (https://www.youtube.com/watch?v=GS0HM1qUTsw): Ja takiej mgły chyba w życiu nie widziałem, tak gęstej, jak tam było. Ale ona była tylko na lotnisku.
 
To wyłącznie miejscowe zaleganie mgły, ograniczające się do lotniska potwierdza zdjęcie zamieszczone w raporcie Zespołu Parlamentarnego z 2015 roku (str.208) - pn. "Relacje 200 świadków"




Skąd się właściwie wzięła? 
 
Nauczycielka polskiego pochodzenia (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101222&typ=po&id=po01.txt): (Mgła) w pewnym momencie zaczęła gwałtownie gęstnieć, jakby "wychodziła z ziemi". Kładła się gęstymi płatami wyraźnie od strony jaru, który od szosy dzieli odległość około jednego kilometra. Z opisu nauczycielki wynika, że mgła wypełzła z jaru i przemieściła się w kierunku szosy w stronę lotniska Siewiernyj.

wtorek, 26 września 2017

Co znajduje się na „prawdziwych nagraniach załogi Tupolewa”, że podkomisja smoleńska boi się je ujawnić

Tych nagraniach, których opublikowanie tak hucznie zapowiadał 02.09.2016 roku, w TVP1 i TVPinfo Antoni Macierewicz. Które, jak mówił, nim "wstrząsnęły" gdyż pokazały, że to co znamy do tej pory pod nazwą "stenogramów z kokpitu" jest tylko "cynicznym fałszerstwem jakiego dawno nie widział”.
Podekscytował mnie ogromnie Pan Minister swymi zapowiedziami. Jednak, okazuje się, że były to tylko słowicze trele.
Dlaczego przez półtora roku nie ujawniono tych nagrań, choć są one w posiadaniu podkomisji smoleńskiej? Tak, półtora. Dr Berczyński przyznał się do ich posiadania już 23.05.2016, mówiąc, że to co znamy pod nazwą stenogramów jest poszatkowane, a ich fragmenty poprzesuwane w czasie. Dla odmiany, nowe nagrania są całkowicie czytelne, "w czasie precyzyjnie określone” i „na pewno niezmanipulowane”.


Odpowiedź nasuwa się sama – nie ujawniono ich, gdyż publikacja pokazałaby, jak rzeczywiście wyglądało końcowe podejście naszego samolotu.
Co w nim tak niezwykłego? Dlaczego niewskazane jest ujawnienie?

A dlaczego nie mielibyśmy sami spróbować odpowiedzieć na te pytania?

poniedziałek, 18 września 2017

P.S. (4) Trzecie podejście Iła (około godz. 8:25) i odejście TU-154M z kręgu nad XUBS

W poprzednim odcinku (" P.S. 3 ") cytowałem kilka relacji z których wynikało, że Ił-76 podchodził do XUBS około godziny 8:25, na dziesięć minut przed tym, jak miał się tam pojawić Tupolew. Było to jego trzecie podejście. - Trzecie?! - może się ktoś żachnąć. - Skąd by się wzięło trzecie? Przecież na pytanie Roberta Grzywny, czy "Rosjanie przylecieli już?" Remigiusz Muś wyraźnie odpowiada: "Ił dwa razy podchodził i chyba gdzieś odlecieli". Odpowiem na to innym pytaniem – A dlaczego Drugi Pilot w ogóle się pyta o lądowanie Rosjan? O godzinie 8:25 PLF-101 jest już przecież na kręgu, gdzieś między drugim, a trzecim zakrętem kręgu – pisałem o tym w " P.S. 2 " - więc piloci powinni widzieć doskonale co dzieje się w powietrzu, zaledwie kilkanaście kilometrów od nich. Bo w takiej odległości od Siewiernego wówczas się znajdują. Nie tylko powinni. Doskonale widzą co dzieje się wokół. Jak piszą w swojej książce autorzy "Ostatniego Lotu" (str. 175 – 176): polski TU-154M  jest wyposażony w system antykolizyjny TCAS (…). Na ekranie urządzenia wyświetlane są informacje – znaczniki – samolotów znajdujących się w pobliżu, to znaczy nawet w odległości stu kilometrów. Piloci mogą określić czy te maszyny lecą poniżej, czy powyżej tupolewa. Gdyby jakiś samolot niebezpiecznie zbliżał się do prezydenckiego Tu-154M, to pojawiałby się na wskaźniku wizualny komunikat nakazujący pilotowi wznoszenie lub obniżanie. 

Żeby więc odpowiedzieć na pytanie dlaczego Grzywna pyta o Rosjan i czemu Muś mu tak odpowiada, trzeba spróbować opowiedzieć tę historię po kolei.

piątek, 1 września 2017

Prześwietlamy stenogramy (3) - To pytanie kontrolera lotów dotyczy Tupolewa: "Dokąd on poszedł. czy na Wnukowo, czy gdzie indziej?!"

Zeznania i relacje z pierwszych chwil po zamachu. Zaczerpnięte z mediów, zanim jeszcze ustalono jak ma brzmieć oficjalna narracja. To chyba najcenniejsze materiały każdego blogerskiego śledztwa.

Program Pierwszy rosyjskiej TV (z 10 kwietnia 2010): Według informacji podanych przez program pierwszy, 10 minut przed tragedią rosyjski samolot transportu wojskowego, który miał wylądować na tym lotnisku, odszedł na lotnisko zapasowe.

Paweł Plusnin
O dziesięciu minutach pomiędzy podejściem obydwu samolotów mówi też rosyjski milicjant cytowany we  „W sieci”, w artykule Marka Pyzy „Awaria za awarią (…) ujawniamy nowe fakty (...)”: Kiedy obejmowałem służbę przy ochronie obiektu, była jasna słoneczna pogoda, mgły nie było. (...) O godz. 8.30 na lotnisku Siewiernyj próbował wylądować samolot transportowy (z powodu mgły dokładnie nie widziałem modelu i koloru), niniejszy samolot po próbie lądowania zaczął unosić się i skrył się w nieznanym kierunku. Około godz. 8.40 widzialność w okolicy terenu obiektu chronionego gwałtownie pogorszyła się z powodu gęstej mgły. Mniej więcej w tym samym czasie słyszałem dźwięk silników samolotu w bezpośredniej bliskości od pasa startowego, następnie było słychać dźwięk silników samolotu oddalającego się od pasa startowego. Samolotu nie widziałem.

piątek, 18 sierpnia 2017

Rozwiązanie zagadki smoleńskich telefonów

Od dłuższego czasu nie dawało mi spokoju pytanie - jak to możliwe, że z pokładu lecącego Tupolewa przeprowadzono, około godziny 8:20 przynajmniej cztery rozmowy telefoniczne, a system zarejestrował tylko jedną? Tę (wg raportu Millera) z godziny 8:21:40. Mam tu na myśli połączenia Prezydenta z Bratem, Córką, lekarzem Matki, oraz krótką, przerwaną rozmowę państwa Tomaszewskich.

Wertując e-biblio bloggera Propatriana natknąłem się na taki oto dziwny zapis z 12 maja 2010 roku:

Seremet (Andrzej Seremet - b. Prokurator Generalny - RM) ujawnił "Rzeczpospolitej", że badanych jest ok. 100 komórek. Większość z nich było aktywnych w końcowej fazie lotu. Prowadzono z nich rozmowy i wysyłano esemesy. (PAP, im)”


czwartek, 3 sierpnia 2017

Prześwietlamy stenogramy (2) - godzina 08:20 czyli "Samoloty prezydenckie nie spadają"

Tytułowa godzina (a właściwie ta godzina plus/minus jedna minuta) jest kluczowa dla przebiegu wydarzeń smoleńskich. Świadczy o tym zbieg różnego rodzaju sygnałów, które miały miejsce dokładnie w tym czasie. Aby jednak zrozumieć jej znaczenie, należałoby w pierwszej kolejności ustalić, gdzie o godzinie 8:20 znajdować się mógł Tupolew.

Zgodnie z czasami podanymi w planie lotu, powinien on właśnie rozpoczynać zejście do lądowania na pas lotniska "Siewiernyj" w Smoleńsku, gdyż:
o 7:21 wystartował z Okęcia (EPWA) - zgodnie z odpowiedzią Ministra ON na zapytanie posłanki Szczypińskiej (o sześć minut wcześniej niż podaje MAK i raport Millera);
o 8:15 –przekroczył punkt ASKIL - gdyby wystartował o 7:27 powinien się pojawić w tym punkcie o 8:21 (całkowity czas przelotu EPWA-ASKIL to 54-55 minut - tak podaje MAK i KBWLLP Millera).
o 8:20 - miał wejść na krąg nadlotniskowy - zgodne z planem lotu sporządzonym przez ppłk. Bartosza Stroińskiego (pięć minut po ASKIL) – na jego pierwszy zakręt, podchodząc od zachodu.


Rys. 1 - Krąg nadlotniskowy "Siewiernego". Z lewej strony czerwony kolorem zaznaczona ścieżka podejścia prowadząca z punktu ASKIL do punktu MP 117° OK, który leży na drugim zakręcie kręgu kursem 41°.

niedziela, 23 lipca 2017

Ostatni moment aby ujawnić prawdę o Smoleńsku

Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Aby „Smoleńsk” się nie powtórzył. Obecna sytuacja jest wprawdzie inna niż była 10.04.10, ale siły zainteresowane tym aby Polska była nadal „państwem teoretycznym” te same. Wcale nie słabsze niż wówczas.

piątek, 7 lipca 2017

Co naprawdę wydarzyło się w 10 kwietnia 2010 r.? Kolizja kłamstw smoleńskich implikuje prawdę

Każdy z nas ma jakieś wyobrażenie tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 10 roku. Spróbujmy o nim na chwilę zapomnieć. Tylko po to, by spojrzeć na to zdarzenie jeszcze raz – bez uprzedzeń. Zważyć wyłącznie argumenty. Przypomnijmy sobie różne racje naukowe i poddajmy je osądowi... prostej metody naukowej Karla Poppera. Metodzie falsyfikacji.